niedziela, 20 sierpnia 2017

Sprawa Meursaulta - Kamel Daoud





To jedna z tych książek, których się nie czyta, ale się je pochłania. Język wyraża tu emocje narratora w sposób czysty, przy tym głęboki i można by rzec poetycki. Choć czytałem opinie mówiące o tym, że nie powinno czytać się powieści Kamela Daouda bez wcześniejszej lektury "Obcego" Camusa, ale niekoniecznie się z tym zgadzam. Pomimo tego, że "Sprawa Meursaulta" rzeczywiście jest odpowiedzią na słynne dzieło Camusa, to sama w sobie stanowi wartość i da się z niej czerpać, przeżywać ją i zachwycać bez znajomości "Obcego". Wiem o tym, bo wstyd się przyznać, ale ja osobiście też będę musiał ten brak nadrobić i prawdopodobnie docenić ten dialog Daoud-Camus. Tymczasem skupiłem się na innych aspektach "Sprawy Meursaulta" 

Na przykładzie historii głównego bohatera, który przeżywa śmierć swego brata Musy, mamy okazję skonfrontować się z bólem wynikającym ze straty, z trudną i skomplikowaną ludzką egzystencją, a także z odwiecznie stawianymi pytaniami o istnienie Boga. Emocje jakie towarzyszą nam podczas słuchania opowieści Haruna są bardzo intensywne co wynika pewnie z tego, że Kamel Daoud posługuje się bardzo wyszukanym, a przy tym mocnym, sugestywnym językiem. W rezultacie trudno się oderwać od książki i momentami można odnieść wrażenie, że siedzimy w barze z Harunem i poznajemy historię śmierci jego brata osobiście. A jest to historia pełna smutku i gniewu. Trudno bowiem pogodzić się ze zbrodnią, która nie tylko pozbawiła nas najbliższej osoby, ale równocześnie położyła cień na całym naszym życiu. Główny bohater domaga się przede wszystkim pamięci i prawa do imienia dla swego brata Musy, który u Camusa jest bezimiennym anonimowym Arabem. Ta anonimowa zbrodnia przyczyniła się do uciążliwego bagażu, który Harun dźwigał jeszcze długo po śmierci. Został odrzucony przez matkę, zawstydzony przez swoją społeczność, a sam obarczył się poczuciem winy. Długo w milczeniu znosił ten cały bagaż, aż w końcu  nie wytrzymał i podjął się rozliczenia z tragedią i tymi, którzy są za nią odpowiedzialni. 

Kolejny aspekt "Sprawy Meursaulta", to poza indywidualną tragedią głównego bohatera kwestia kolonializmu i wojny wyzwoleńczej, która przyniosła niepodległość Algierii. Zaszłości pomiędzy niedawnym kolonizatorem, a młodym państwem sięgają kilkadziesiąt lat wstecz. Są przepełnione gniewem, bólem, żalem i poczuciem krzywdy. Przyczyniają się do buntu, niezgody i podkreślania własnej niezależności. Algieria jako młode państwo popada w pułapkę ideałów kulturowych, kwestionuje wszystko co do tej pory funkcjonowało, zarówno te złe jak i dobre rozwiązania. W toku tych przemian wydaje się poświęcać wolność jednostki na rzecz szeroko pojętego interesu ogółu o państwa. Trochę klimat rodem z pisowskiej Polski współczesne na zasadzie albo jesteś z nami, albo przeciw nam. 

Na koniec warto wspomnieć o nihilistycznym wydźwięku książki Daouda, o świecie gdzie człowiek przeżywa własną samotność i zagubienie w obliczu przytłaczającego Boga i kosmosu. Harun popada w egzystencjalny nihilizm, odreagowując w ten sposób kolejne kryzysy i porażki w swoim życiu. Złamane w wyniku nieszczęśliwej miłości serce, bezpardonowe odrzucenie przez kobietę, śmierć brata, rozpad rodziny, a na sam koniec poczucie odrzucenia zarówno przez "swoich" jak i "obcych". Daoud tak pięknie opowiada o tym smutku, żalu, przygnębieniu i zwątpieniu, że osobiście miałem momenty wsiąkania w ten świat i zatracenia się w tym poczuciu bezsensu i bezcelowości i to pomimo, że mój rzeczywisty stan i stosunek do życia jest zgoła odmienny. Myślę że takie oddziaływanie tej książki jest wystarczającym znakiem jakości pisarstwa Kamela Daouda. To by było na tyle jeśli chodzi o o moje przemyślenia na temat "Sprawy Meursaulta" i już ostrzę sobie pazury na to co wniesie lektura "Obcego" Alberta Camusa. 

sobota, 19 sierpnia 2017

Słowik - Kristin Hannah




Są takie książki, które aż się proszą o to żeby je czytać od deski do deski bez robienia sobie przerw na takie przyziemne sprawy jak spanie, jedzenie czy toaleta. "Słowik" Kristin Hannah bez wątpienia do takich powieści należy. Kiedy człowiek w trakcie lektury takiej jak ta uświadamia sobie, że żyje w spokoju, że może swobodnie decydować o tym co, gdzie i jak robi, wtedy dociera do niego że jeszcze kilkadziesiąt lat temu ludzie walczyli o swoje życie i byli stawiani przed wielką próbą ich człowieczeństwa. 

Kristin Hannah pokazuje nam w "Słowiku" jeszcze raz pewną ważną prawdę o człowieku, która mówi o tym że nie deklaracje i słowa, nie pozory a czyny określają go w tym na ile jest warty. Dwóm siostrom przyjdzie zmierzyć się z okrucieństwem wojny, która jak zwykle okazuje się najbardziej bezlitosna nie dla żołnierzy na froncie, ale dla ofiar cywilnych. Vianne i Isabelle, które poznajemy u progu II-ej Wojny Światowej we Francji, bardzo się różnią. Poza sporą różnicą wieku, dzieli ich również temperament, podejście do życia, potrzeby i no właśnie - łatwiej by było napisać o tym co mają wspólnego, a jest to stosunek do drugiego człowieka, gdzie okazują się altruistkami i nie potrafią patrzeć bezczynnie na krzywdę ludzką. Vianne należy do tych statecznych kobiet, które najlepiej czują się w cieple domowego ogniska, jako matki, żony i gospodynie. Isabelle dla odmiany wciąż poszukuje pomysłu na siebie, nosi ją, nie potrafi zaznać nigdzie miejsca na dłużej, ciągle liczy się dla niej rozwój i choć tego nie przyzna przed sobą - wciąż marzy o romantycznej i szalonej miłości. Wszystkie te różnice okażą się nic nie znaczącymi kiedy wybuchnie wojna, bo wtedy obie siostry pokażą, że są takie momenty kiedy trzeba wyrzec się siebie i pomóc tym, którzy sami nie są w stanie się obronić.  

Może jest i wiele historii osnutych wokół II-ej Wojny Światowej, ale moim zdaniem nigdy dość, gdyż jak widzimy obecnie z pamięcią ludzką nie jest najlepiej i znów do głosu dochodzi faszyzm i inne skrajne, antyludzkie ideologie. Poza tym Kristin Hannah pokazuje nam perspektywę kobiet, które często bądź są poprzez historię pomijane, bądź stanowią drugi plan, ustępując glorii mężczyznom. W "Słowiku" kobiety nie tylko grają pierwsze skrzypce, ale momentami ich czyny powodować mogą rumieniec zawstydzenia u niejednego mężczyzny. Opowieść o bohaterstwie Vianne i Isabelle, czyli postaci fikcyjnych jest tak naprawdę o tyle wartościowa, iż autorka posiłkowała się autentycznymi przeżyciami kobiet, które wsławiły się heroizmem w trakcie wojny. Szczególnie na uwagę zasługuje tutaj Isabelle, gdyż za kanwę tej postaci posłużyła prawdziwa historia Andrei de Jongh, belgijki która organizowała jedną z pierwszych dróg przerzutowych dla aliantów uciekających z okupowanej Francji. Andree była córką nauczyciela, co być może wpłynęło na fakt, iż druga z bohaterek "Słowika" Vianne jest również nauczycielką. Podczas gdy Isabelle działa w ruchu oporu, Vianne po wcześniejszych dylematach i lęku o swoją najbliższą rodzinę, zaczyna pomagać żydowskim rodzinom w swojej rodzinnej miejscowości. Obie siostry wiele ryzykują, poza życiem stawiając na wadze bezpieczeństwo swoich bliskich, własną godność, o względnym komforcie nie wspominając. Nie potrafią bezczynnie trwać i udawać, że nie widzą ludzkiej krzywdy i barbarzyństwa okupanta. Szczególnego wyrazu nabiera ta historia, kiedy poznamy historyczny kontekst w jakim znalazł się podczas II-ej wojny  naród francuski, który poprzez swoje władze został sztucznie podzielony. W rezultacie politycznych decyzji jedni zaakceptowali fakt niemieckiej okupacji, a inni nie mając wewnętrznej zgody na zdradę rządu Vichy nie poddali się i działali w ruchu oporu i nie tylko. 

"Słowik" to książka po którą warto sięgnąć. Przede wszystkim jest ona bardzo emocjonalna, przebija z jej stron autentyzm opisywanych wydarzeń, przeżyć i ludzkich dylematów. Poza tym wspomniana perspektywa kobiet i ich roli w wojennych zawieruchach również zasługuje na uwagę. Może i w przypadku bestsellerów faktycznie warto zachować sceptycyzm, ale Kristin Hannah na sukces swej książki zapracowała i zasłużyła na entuzjastyczne przyjęcie swojej książki. Gorąco polecam! 

sobota, 12 sierpnia 2017

Serce z kamienia (Hjartastein)



Przychodzą różne mody na kino z egzotycznych zakątków świata i czasem są one według mnie sztucznie napędzane. Z pełnym przekonaniem mogę jednak bronić popularności kina islandzkiego. Sukcesy obrazów z tego kraju to z pewnością nie jest efekt marketingu, ale przede wszystkim wpływa na to niespotykana wrażliwość i klimat, który towarzyszy islandzkim  obrazom na przełomie ostatnich lat. 

"Serce z kamienia" porusza temat mocno już wydawało by się wyeksploatowany w kinie,  tj. temat dorastania. Posunięcie  Guðmundura Arnara Guðmundssona, który jest reżyserem i autorem scenariusza tego obrazu, wydawać się może w takim razie ryzykowne, bo co można jeszcze powiedzieć nowego w tym temacie, jak zaciekawić widza poraz kolejny? Jak się okazuje twórcom "Hjartastein" się to udało znakomicie. Obraz ten, mimo że trwa ponad dwie godziny, to ani przez moment się nie dłuży, a nuda to ostatnie uczucie które towarzyszy widzowi w trakcie ostatnich minut filmu, bo finał jest bardzo wzruszający. Mamy tu dwójkę głównych bohaterów. Jeden z nich Thor nawet się nie zorientuje kiedy trzeba będzie porzucić błogą niewinność na rzecz określania własnej tożsamości, także tej seksualnej. Będzie to szczególnie trudne zważywszy na fakt dorastania w otoczeniu mocno kobiecym. Thorowi bowiem nie towarzyszy ojciec, ani nawet brat, ale za to matka i dwójka starszych sióstr. Najlepszym przyjacielem chłopaka jest Kristjan z którym spędzają czas podczas zabaw, pierwszych fascynacji płcią przeciwną jak również jest on dla Thora punktem odniesienia w trakcie poznawania własnego ciała, uświadamiania własnych potrzeb i reakcji na otaczający świat. Do momentu kiedy  w ten chłopięcy świat grupy rówieśniczej nie wkroczą dziewczyny to przyjaźń ta stanowi odskocznię dla trudności w określeniu swego miejsca w domu rodzinnym dla obydwu chłopców. Tutaj jednak też nastąpi niespodziewany zwrot akcji, gdyż jak się okaże to nie rywalizacja o dziewczynę będzie problemem, który namiesza w przyjaźni pomiędzy Thorem a Kristjanem, ale będzie to... no ale żeby nie zdradzić za dużo w tym momencie najlepiej będzie jak poprzestanę z wprowadzaniem w kolejne szczegóły.

Nostalgia  jest dojmującym uczuciem u takiego prawie już czterdziestolatka w trakcie seansu "Serca z kamienia", a to przede wszystkim z uwagi na fakt iż nie widuje się na chwilę obecną dzieci i młodzieży spędzających czas ze sobą tak jak dzieje się to tutaj, a mianowicie wchodzących w interakcje że sobą na łonie przyrody. Współczesne pokolenie spędza niestety czas głownie przed komputerem w domu, komunikując się poprzez smsy czy komunikatory internetowe. Wspólne łowienie ryb, eksploracja złomowisk i innych ciekawych dla dzieciaka miejsc przestało być już dla dzisiejszego dzieciaka wystarczająco atrakcyjne. Mnogość bodźców i możliwości tak naprawdę stępia i wypacza zamiast zwiększać możliwośći i perspektywę. Co za tym idzie młodzież w taki sposób rozpieszczana rozleniwia się i zatraca tożsamość zanim tak naprawdę ją zdąży nabyć.Mam wrażenie, że w takich warunkach przyjaźń z rodzaju tej pomiędzy Thorem i Kristjanem jest wręcz mało prawdopodobna. Znajomość od kołyski, spędzanie ze sobą sporej ilości czasu, utożsamianie się z podobnymi problemami rodzinnymi scala w taki sposób, który może pomóc przetrwać nawet największy kryzys, czego będziemy świadkami w trakcie filmu.

"Serce z kamienia" to kino zaangażowane społecznie, przemyślane, z ważnym przekazem do widza, a jednocześnie piękna i wzruszająca opowieść o chłopięcej "męskiej przyjaźni". Momentami można się tu oddać dziecięcej beztrosce i zabawie, ale częściej jesteśmy świadkami dramatów i kryzysów związanych z dorastaniem. Wraz z Thorem i Kristjanem konfrontujemy się poraz kolejny ze smutną prawdą,  że dzieciństwo mimo iż jest chyba najpiękniejszym okresem w życiu człowieka za którym się tęskni całe życie, to równocześnie jest najtrudniejszym wyzwaniem dla naszej psychiki. Tożsamość jaka się wykreuje na tym etapie, postawy i przekonania jakie nabędziemy będą tak naprawdę towarzyszyć nam przez całą dorosłość, a jak trudno jest później zmienić to co nam życie utrudnia wie ten kto tego próbował. Guðmundur Arnar Guðmundsson wszystkie te refleksje podaje  nam w sposób prosty, czasem nawet może  stereotypowy, ale ogląda się "Serce z kamienia" i przeżywa bardzo głęboko, przy jednoczesnej przystępności tego obrazu. Poza tym małe, a przy tym wręcz klaustrofobiczne skupiska ludzkie na tle malowniczych i wielkich przestrzeni, które spotykamy na Islandii poraz kolejny okażą się idealnym tłem dla tych osobistych ludzkich dramatów. Świetny film !

piątek, 4 sierpnia 2017

Bunt mas - Jose Ortega y Gasset



"Bunt mas" to książka nadzwyczaj aktualna, co może być faktem zaskakującym zważywszy na to kiedy powstała. Zdecydowanie nie jest to jednak lektura dla czytelnika, który nie lubi albo też nie potrafi u siebie wypracować choć odrobiny krytycyzmu w myśleniu i otwartości na często kontrowersyjny  sposób myślenia o społeczeństwie. Zwracam na to uwagę, bo książka jest nadzwyczaj wymagająca, a żyjemy w rzeczywistości, że zwykły cytat z Hitchensa jest często rozumiany opacznie i dosłownie. Rzecz smutna, ale prawdziwa - wypada uważać co się czyta jeśli nie ma się umysłu otwartego, a z drugiej strony jak otworzyć umysł jeśli nie czyta się wymagających i skłaniających do odmiennej perspektywy książek. 

"Bunt mas" to rzecz o degenerującym się społeczeństwie, o zatraceniu się wartości, o upadku kultury i zasad współpracy ogólnoludzkiej, a nade wszystko o zastoju jeśli chodzi o rozwój. Jose Ortega y Gasset dopatruje się źródeł tych niepokojących zjawisk w przyroście tytułowych "mas", które w definicji stanowią tłum nacechowany przeciętnością, wręcz nijakością. To właśnie owe masy blokują rozwój społeczeństw poprzez swe roszczenia odnośnie prawa do rządzenia. W rezultacie dochodzi zdaniem autora tego jednego z najsłynniejszych dzieł początku dwudziestego wieku do sytuacji kiedy nijaka, często prymitywna i egoistyczna w swej istocie  większość narzuca swoją nijakość i przeciętność elitom. Elity dla kontrastu starają się odchodzić od myślenia i działania w oparciu o chwilowe i indywidualne korzyści na rzecz postaw altruistycznych i długofalowego rozwoju. Zdaniem Jose Ortega y Gasset staliśmy się u progu dwudziestego wieku poraz pierwszy świadkami sytuacji, kiedy to masy w tak widoczny sposób doszły do głosu w kształtowaniu społeczeństw europejskich, co bez wątpienia ma swoją genezę w skoku przyrostu naturalnego ludności na świecie jak również w skoku cywilizacyjnym. Ludność zachłysnęła się możliwościami, a tylko elity posiadają jego zdaniem umiejętność kontrolowania własnych potrzeb w kontraście do mas, które generują coraz to nowe potrzeby, a wraz z nimi formułują kolejne żądania niczym rozpuszczone dzieci. Do tego należy dodać brak myślenia perspektywicznego i nieumiejętność bądź też niechęć do refleksji swojej odpowiedzialności za wpływ własnych dążeń na ogół społeczeństwa i jego przyszłość. 

Roszczeniowość to słowo, które chyba najbardziej odzwierciedla myśl Jose Ortegi y Gasseta w kondycji społeczeństwa u progu wieku dwudziestego pierwszego. Tak jak 100 lat wcześniej tworzy się niestety poprzez to przestrzeń i żyzny grunt dla ideologii nacjonalistycznych, pogardy względem demokracji liberalnej i zwykłego populizmu. Kiedy czytamy charakterystykę człowieka tworzącego masy w początkach ubiegłego wieku to wręcz nie da się uniknąć uczucia deja vu. Tłum wymaga, tłum kreuje, tłum bezmyślnie brnie ku zatraceniu poraz kolejny. Na sam początek degradacji ulegają wszelkie zasady i normy moralne. Kolejne etapy można sobie łatwo przewidzieć. Smutnym jest to, iż człowiek nie jest w stanie wyciągać wniosków z historii, że zatracił umiejętność myślenia przyczynowo-skutkowego i perspektywicznego patrzenia w przyszłość. 

Elity były, są i będą potrzebne do tego by zapewnić ciągłość norm, zasad ale przede wszystkim jednak gwarantować rozwój nie tylko pod względem postępu technologicznego ale również i kulturalnym. Elity w myśleniu autora "Buntu mas" myślą nie tylko na "tu i teraz" ale mają szerszy ogląd. Są w stanie poświęcić osobiste korzyści i prywatne interesy na rzecz ogółu. Z tego też względu podejmują często decyzje niepopularne, gdyż ich efekty możemy zauważyć dopiero po jakimś czasie. Wystawiają się tym samym na celownik masom, które uzurpując sobie prawo do bezpośredniego decydowania próbują narzucić przeciętność, prymitywizm, nijakość i konsumpcyjny marazm całemu społeczeństwu. Zdrowe, wyselekcjonowane elity są sobie z tym poradzić, natomiast mamy obecnie do czynienia z kryzysem elit co sprawia, że masy coraz śmielej dochodzą do głosu. Tym samym w miejsce Zjednoczonej Wielkiej Europy tworzonej w oparciu o wspólne wartości, szerszy kontekst, liberalną demokrację i pluralizm powstają prymitywne, plemienne więc państewka, które jednoczą się wokół religii, rasy czy języka. Smutna rzeczywistość... 

Podsumowując, "Bunt mas" to istotnie jedno z najważniejszych dzieł dwudziestego (i nie tylko) wieku i serdecznie zachęcam do refleksji na tym tekstem. 

sobota, 29 lipca 2017

Dunkierka - czyli Christopher Nolan ku przestrodze!




Jeden z bohaterów "Dunkierki" Christophera Nolana na pytanie dlaczego nie został w domu, ale pakuje się w sam środek piekła, odpowiada,że dlaczego miałby siedzieć w domu i patrzeć na to jak "giną nasze dzieci na wojnie którą sami wywołaliśmy". Nie pada w tym filmie dużo słów, bo reżyser postawił tym razem na obraz, który zamiast dialogów ma opowiedzieć nam historię jednej z najbardziej krwawych bitew II - ej wojny światowej, ale kiedy takowe już się pojawiają to ujmują bezpośrednio ściągnąć treści. No dobra, wiem że będę monotematyczny i pewnie coś jest na rzeczy, że ostatnio większość treści które dają mi do myślenia jeśli chodzi o film i literaturę odnoszę do współczesności, ale naprawdę nie da się tych rzeczy oddzielić. Najnowsze dzieło Christophera Nolana oprócz tego że porusza kwestie uniwersalne, to aż się prosi o to żeby zostać potraktowane jako przestroga dla urastających w siłę nastrojów nacjonalistycznych w naszym ( i nie tylko) kraju i chorych ambicji naszego rządu, wyrażających się często w bezczelnym prężeniu zapadniętej klaty na arenie międzynarodowej. 

Christopher Nolan przyzwyczaił swych widzów do tego, że tworzy nie tyle filmy co filozoficzne rozprawy, które zmuszają do refleksji jeszcze długo po seansie. Poraz kolejny mu się to udało, co trzeba zaznaczyć przy znacznym udziale znakomitej muzyki Hansa Zimmera, która to oddziałowywuje na nasze emocje z równie wielką mocą jak obraz autorstwa Nolana. "Dunkierka" to obok "Cienkiej czerwonej linii" chyba najbardziej pacyfistyczny film wojenny jaki widziałem. Już od samego początku seansu dominującym uczuciem jakie mi towarzyszyło była przytłaczająca wręcz bezsilność. Obserwowanie zmagań uciekających po porażce z Niemcami żołnierzy sił alianckich to zadanie wymagające nerwów ze stali i mocnego serca. Żołnierze tłoczą się na bombardowanym raz po raz z powietrza molo, a kiedy już jakimś cudem uda się im dostać na statek to padają ofiarą niemieckich U-botów. Toczą oni zażartą walkę o przetrwanie podczas której jedni zachowują do końca swój honor, a pozostali w obliczu spotkania ze śmiercią nie przebierają w środkach i często do głosu dochodzą najgorsze instynkty. Strach i przerażenie jakie towarzyszą im podczas starcia z bezlitosną machiną wojenną są wręcz namacalne. Momentami miałem wrażenie jak gdybym wraz z bohaterami filmu Nolana tłoczył się na wspomnianym molo i z przestrachem wpatrywał się w niebo. Odczuwałem wręcz ciśnienie w płucach i klaustrofobiczną panikę podczas gdy woda po ataku torpedy czy snajpera zalewała pokład statku, który miał być wybawieniem, a okazał się podwodną trumną. Od samego początku kibicujemy tym młodym chłopakom, aby się nie potopili, aby dotarli do domu i wściekamy się na dowódców, którzy rozrysowali im taki los w swoich sztabach, by potem zostawić ich samych. Ta nieobecność zresztą u Nolana przestaje być symboliczna, a staje się faktem bo oprócz komandora Boltona, który wzbudza wręcz współczucie realizując bezduszne ustalenia swych zwierzchników o ewakuacji żołnierzy jak najmniejszym kosztem przy ograniczonych do minimum środkach nie uświadczymy w "Dunkierce" relacji z obrad sztabowych. Kontrastem jest tu wzruszająca scena kiedy w obliczu zawodu strategów na ratunek żołnierzom przychodzą cywile na prywatnych jachtach czy kutrach rybackich. 

Tak jak nie ma u Nolana dowódców sztabów sił alianckich, podobnie rzecz się ma z nieobecnością na ekranie wroga. Niemców tu bowiem nie zobaczymy, a w zamian za to dowiemy się o ich przytłaczającej militarnej potędze poprzez żniwa jakie zbierają bomby, pociski i torpedy wystrzeliwane z powietrza, lądu i wody. To w zupełności wystarczy by podkreślić okrucieństwo wojny. Wojna u Nolana nie jest stawiana na piedestale, nie czyni on z niej czegoś pięknego i romantycznego, ale pokazuje jej bezsens, okrucieństwo i barbarzyństwo. Odczarowuje tym samym to, co od dziecka jest choćby nam Polakom wpajane poprzez kult zwycięstw, bohaterstwa i częściowego załamania przez wizję historii, gdzie były wojny słuszne i niesłuszne, gdzie wojny miały się brać z znikąd, gdzie każdy żołnierz stawał się automatycznie bohaterem. Taka propaganda, nad wyraz obecna w naszej przestrzeni publicznej przez nie mające końca trwanie w wojennej retoryce, jej symbolach i ciągłym jątrzeniu, udowadnianiu win i jednoczesnym zwalnianiu siebie z odpowiedzialności prowadzi poraz kolejny do konfliktu. Z nim już mamy do czynienia, kolejnym etapem może być wojna, a jest ona realna prędzej czy później, chyba że człowiek zacznie się w końcu uczyć na błędach i wyciągać wnioski. Może więc faktycznie zamiast maszerować ciągle w marszach, przystrojeni przy tym w wojenne symbole, zamiast rozkopywać zakopane już okopy, zamiast ulegać populistycznym i nacjonalistycznym politykom, kryjącym się pod płaszczykiem patriotyzmu, może warto zamiast tego usłyszeć przesłanie zawarte w takiej "Dunkierce", czy "Wołyniu". Dla mnie brzmi ono tak, że trzeba brać odpowiedzialność nie tylko za własne podwórko, ale uczyć się solidaryzmu europejskiego bo tylko on uchroni nas od kolejnego barbarzyństwa. Analogie pomiędzy tym co doprowadziło do wybuchu II wojny światowej, a nastrojami zmierzającymi do destabilizacji Europy obecnie są niewidoczne tylko dla ślepców i ignorantów. Podobnie rzecz się ma że wzrostem poparcia dla ruchów neofaszystowskich, nacjonalistycznych i innych tworów, których ideologia opiera się na kulcie siły. Politycy posługujący się taką retoryką zwykle pierwsi dekują się w sztabach kiedy ich zwolennicy kończą na frontach bitew takich jak tytułowa "Dunkierka" 

Może w końcu czas na refleksję zamiast ciągłego prężenia się i wojowania? Tyle, że pewnie Ci którzy powinni obejrzeć ten film ku przestrodze pewnie go nie zobaczą, albo zrozumieją go opacznie. Mimo wszystko serdecznie polecam, bo dla mnie to jeden z najważniejszych filmów jakie widziałem i to nie tylko w tym roku. 

środa, 26 lipca 2017

Pragnienie - Jo Nesbø





Kiedy psychofan Jo Nesbo i serii o Harrym Hole sięga po kolejną książkę to wtedy jedno jest pewne, pragnienie poznania dalszych losów komisarza Hole będzie wprost proporcjonalne do żalu po skończonej lekturze. Tak też było i tym razem i pomimo że rozłożyłem sobie na raty przygodę z "Pragnieniem", to tak czy inaczej nie zdążyłem się nawet zorientować kiedy czytałem już epilog. 

Jo Nesbo zaskoczył prawie wszystkich kiedy zapowiedział, że najlepsza moim zdaniem seria kryminalna nie zakończy się na "Policji" i po krótkim romansie z retro-kryminałem oznajmił nadejście "Pragnienia". Harry Hole wraca w wielkim stylu i jak się można było spodziewać nie dane mu będzie długo zagrzać miejsca na posadce wykładowcy w szkole policyjnej kiedy pojawi się szansa na podjęcie wyzwania ze strony seryjnego mordercy. Morderca zaś jest nietypowy gdyż jego zbrodnie zdają się świadczyć o tym, że mamy do czynienia z wampirystą. Czy aby tylko napewno? Być może to tylko zasłona dymna? A może mamy do czynienia z porachunkami z przeszłości? Zapewniam was, że w jakimkolwiek kierunku nie będziecie dedukować to i tak na koniec pewnie okaże się, że nie uda wam się rozwikłać 

Razem z Harrym powracają też i jego demony, których nie jest w stanie usidlić ani żona ani przysposobiony syn. Kto czytał poprzednie części cyklu ten doskonale wie, że w przypadku tego śledczego daleko o krystalicznie czystą i jednoznacznie dobrą postać. Hole był, jest i będzie sprzeczny, momentami wręcz odstręczający, skomplikowany, ale co najistotniejsze jest chyba najbardziej intrygującą i wyrazistą postacią jeśli chodzi o detektywów w literaturze kryminalnej ostatnich lat. Jeśli chodzi o umiejętność kreowania postaci, zaciekawiania nimi czytelnika to Jo Nesbo nie ma sobie równych. Charakterystyczne dla niego jest to, iż rzuca on ich w wir wydarzeń w taki sposób, by postawić przed dylematami moralnymi, które uniemożliwiają ich jednoznaczną ocenę. Dobro i zło przenikają się tutaj nawzajem, a odcienie szarości są nadzwyczaj wyraź

Ci, którzy obawiali się tego, iż "Pragnienie" będzie skokiem na kasę i Nesbo nie będzie się zbytnio wysilał przy jej tworzeniu serwując nam ogrzewane kotlety, mocno się rozczarowują w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Norweski człowiek orkiestra nie ms bowiem w naturze minimalizmu i lekceważenie dla swych odbiorców nie przejdzie w przypadku Jo Nesbo. Poraz kolejny udało mu się wymarzyć krwisty kawał steka dla najbardziej wymagających i wybrednych pasjonatów literatury kryminalnej. Oprócz świetnie wykreowanych postaci znajdziemy tutaj skomplikowaną intrygę, profesjonalnie skomponowaną warstwę psychologiczną i co najważniejsze w tego typu książkach - wartką akcję, która trzyma w napięciu do samego końca. Co tu dużo pisać, Jo Nesbo jest mistrzem nad mistrze jeśli chodzi o swój fach i wątpię by znalazł się kiedykolwiek ktoś kto zdetronizuje go w moim rankingu jako króla kryminału. Serdecznie polecam całą serię "Harry Hole" i nie zniechęcajcie się mającym sporo braków "Człowiekiem Nietoperzem". Z każdą następną częścią jest już dużo lepiej. 


niedziela, 16 lipca 2017

Tęsknota - Gaël Faye





Kiedy sięgałem po "Tęsknotę", to nie wiedziałem o tym iż autor tej książki jest osobą znaną i to nie tylko we Francji z uwagi na swoją działalność muzyczną. Już w trakcie lektury wyszukałem jego utwory na Spotify i towarzyszyły mi one podczas czytania. Jego dokonania muzyczne na gruncie muzyki hip hop okazują się świetnie dopełniać tą książkę, która ponoć mocno bazuje na wątkach osobistych, a dla której najlepszą rekomendacją jest to, że poleca ją sam Alain Mabanckou. Zresztą kto zna autora "Papryczki" ten z łatwością odnajdzie w "Tęsknocie" podobieństwa jeśli chodzi choćby o opis dziecięcych zabaw.

Paradoksalnie najbardziej niepokojące sceny w książce Gaëla Faye to poetyckie momenty kiedy opisuje on sielankę jaka miała miejsce po i przed ludobójstwem o którym słyszał chyba każdy z nas, a które odbywało się w drugiej połowie dwudziestego wieku w Rwandzie i poniosło się echem na sąsiadujące z nią afrykańskie kraje, przyczyniając się choćby do niepokojów społecznych i przewrotu politycznego w Burundi.

Kiedy towarzyszyłem dziesięcioletniemu Gabrielowi podczas niewinnych zabaw z kolegami i kiedy obserwowałem jego dziecięce przekonanie, że tak naprawdę taki stan rzeczy może trwać niczym niezmącony już na zawsze, to tak naprawdę rodził się we mnie gniew, że dziecko będzie musiało się zmierzyć z tym wszystkim co dorośli przygotowywali tuż za rogiem. Był rok 1992, a Gaby nie dość że powoli zaczynał się mierzyć z normalnymi problemami dorastania, to jeszcze czekało go nie lada wyzwanie, bo nie dość że miało się rozpaść małżeństwo jego rodziców to na jego oczach tworzyła się rysa na burundyjskim państwie. Podczas gdy problemy dorastania chłopca z Burundi zbytnio nie odbiegają od tego co przeżywał bohater "Cudownych lat" dorastając w Stanach, to cała reszta jest już inną "bajką". Już rodzinny ekosystem Gabriela ujawnia problemy tożsamościowe Afryki w skali makro, związane z przynależnością etniczną (tarcia na linii plemion Tutsi i Hutu) jak również trudności kulturowe wynikające ze zderzenia Afryki z kolonialistami próbjącymi na siłę wbić tutejszą ludność w ramy demokracji i chrześcijaństwa.

Śmiem twierdzić i pewnie zbytnio nie jestem w swoim zdaniu odosobniony, że to co wydarzyło się w Rwandzie i Burundi to w głównej mierze efekt buty i niezrozumienia że strony "zachodu", który na siłę próbował i wciąż próbuje przerobić Afrykę na swoją modłę. Świat afrykański ze swoimi przekleństwami i błogosławieństwem zachwyca i przeraża swoją oryginalnością o czuć to bardzo mocno w mocno autobiograficznej opowieści Gaëla Faye. Ta koegzystencja z przyrodą, pokora wobec praw natury, specyficzny świat duchowy jak i zaufanie do autorytarnej władzy zostało zmącone przez białego człowieka, który na siłę próbował "uszczęśliwić" tutejszych mieszkańców poprzez swoją demokrację i własną wizję zbawienia. Tymczasem tak naprawdę sprzedawał swoje towary jak niedawno czynił to prezydent USA w naszymi kraju. Tak jak duża część naszych rodaków dała się omamić Trumpowi tak samo i w Afryce wiele frustracji wiązało się z poczuciem wykorzystania przez "cywilizującego" ich Wielkiego Brata. Pod płaszczykiem nawracania kryły się przecież często zwykły wyzysk i rasizm.

Ostatnimi czasy dość często zdarza mi się sięgać po książki autorów afrykańskich i każdemu kto nie jest z tamtejszą literaturą zbytnio zaznajomiony gorąco polecam choćby właśnie książkę Gaëla Faye. Nie trzeba się bać jakiś odstraszających opisów okrucieństwa choć przecież jest to również historia ludobójstwa. Ono akurat jest tu przedstawione jakby było czymś nierealnym, czymś co działo się poza głównym bohaterem, co może wynikać z tego, że ciężko mu było pogodzić to wszystko co się działo z jego niewinną, naiwną jednak wizją otaczającego świata. Nie udało się mu jednak uciec przed tą plamą krwi, tak jak nie wystarczyło jego matce ratować się ucieczką z Rwandy do Burundi. Trauma z dzieciństwa jak wiemy jest najmocniejsza, a z perspektywy dziecka utrata niewinności jest czymś najcięższym chyba do poradzenia bez względu na to czy przyczyną jest rozwód rodziców, zawód miłosny, czy towarzyszenie śmierci na taką skalę jak stało się to udziałem Gaëla Faye. Gorąco polecam tę książkę! 

niedziela, 9 lipca 2017

Co to jest populizm - Jan-Werner Müller



Świetna książka! Im bardziej obiecuję sobie, że będę się dystanował do polskiej ( a właściwie światowej) sytuacji społeczno-politycznej i jak wielu ludzi obecnie będę próbował żyć w błogiej nieświadomości w myśl popularnej zasady "strugam debila" tym mocniej dociera do mnie, że inteligentny człowiek tego nie potrafi na dłuższą metę. To trochę tak jakby próbować powstrzymać się od wizyty w ubikacji kiedy cierpimy na biegunkę. Inteligencja i człowieczeństwo zobowiązują do tego by czytać, poznawać, analizować próbować zrozumieć zjawiska, które zachodzą w społeczeństwie, a następnie brać udział w dyskusji, a w sytuacji zmowy milczenia taką dyskusję prowokować, wręcz się jej domagać.

Populizm to plaga i największe bodajże zagrożenie dla stabilności i pluralizmu we współczesnym świecie. Podczas gdy niektórzy z nas  ulegają podsycanym celowo lękom przed islamizacją świata i upadku cywilizacji europejskiej, to właśnie populistycznym ugrupowaniom możemy zawdzięczać rychły koniec konsensusu którego wypracowanie zajęło wiele lat. Istotą tych ugrupowań jest bowiem trwanie w konflikcie do szeroko rozumianych elit i w tenże konflikt wciągają ogromne masy społeczne, które popierając PIS, czy ruch Kukiz15 przyjmują ich retorykę. Jak łatwo się domyślić, im dłużej trwa konflikt tym większa szansa na wybuch, którego skutki możemy sobie wyobrazić choćby przypominając sobie wydarzenia z pierwszej połowy XX-ego wieku w postaci dwóch wojen toczących nasz glob przez wiele lat i zabierających ze sobą miliony istnień ludzkich. Każdy kto pokusi się choćby o odrobinę znajomości historii i posiada zdolność logicznego wysnuwania wniosków ten z łatwością odnajdzie analogie co do tamtych wydarzeń. 

Świetnie pokazane są w tej  książce mechanizmy formowania się populistycznych ugrupowań i definicji przesłanek na podstawie których sami możemy stwierdzić, która partia jest populistyczna, a która nie. To co jednak powinno stanowić obowiązkową lekturę "ku przestrodze" dla ludzi którzy przyczyniają się do oddawania przestrzeni publicznej takim ruchom, to pokazywane przez Jan-Werner Muller konsekwencje dojścia do władzy takiego choćby Chaveza czy Orbana. Zawłaszczenie narzędzi demokratycznych i faktyczny powrót do narzędzi autorytarnych to tylko niektóre rzeczy jakich możemy się obawiać ( a stało się to już faktem we współczesnej Polsce ). Bardziej przerażające są długofalowe konsekwencje stawiania nacisku na retorykę "My kontra oni", która prowadzi do wyszukiwania coraz to nowszych wrogów ( często urojonych) i wzrost nastrojów ksenofobicznych i rasistowskich. W rezultacie w miejsce współpracy międzynarodowej i demokracji, która bądź co bądź jest jedynym (choć nie idealnym) systemem powstają pogrążające się w izolacji twory kwestionujące wolność wyznania, wypowiedzi, wyboru, tożsamości. 

Populizm przez długi czas był marginalizowany i traktowany po macoszemu przez dominujące siły liberalne, co powodowało jego marginalizację. Fakt ten był paradoksalnie powodem wzmacniania się takich ruchów, które przecież bazują na męczeńskiej roli narodu uciskanego przez liberalne elity, którego to narodu reprezentantem jest taki Jarosław Kaczyński, Viktor Orban, Paweł Kukiz czy Donald Trump. Izolacja i brak dialogu publicznego z populistami nie jest więc wyjściem, a w miejsce tych metod powinno się dążyć do dyskusji i racjonalnego przedstawiania różnicy pomiędzy słusznymi postulatami tej pominiętej i opuszczonej w toku transformacji części społeczeństwa, a tymi które są irracjonalne i destabilizują pluralizm i wolną gospodarkę. Innymi słowy musimy się nauczyć jak rozmawiać z populistami, bo inaczej będzie już za późno i na tyle umocnią się oni na swych pozycjach, że każda opozycja która przyjdzie po takich rządach będzie sparaliżowana na starcie poprzez szkody dokonane w toku zaślepienia. Mam tu na myśli paraliż instytucji stojących na straży demokracji i pluralizmu, jak choćby konstytucja czy wolne media, którego początki widzimy już teraz w Polsce, na Węgrzech czy w USA. 

Często zadawałem sobie i zadaję zresztą do dziś pytania o to skąd wzrastająca popularność ruchów populistycznych w Europie i na Świecie w ogóle, kim są ludzie którzy te ruchy wspierają i im sympatyzują ? Jak to jest, że tylko nieliczni wychwytują populistyczne mechanizmy, a inni wchodzą w nie jak w masło? Dlaczego część społeczeństwa jest w stanie poświęcić wolność i swobodę, przywileje i oddać się autirytarnej władzy jakiegoś marnego zresztą wodza? Ta książka dostarcza odpowiedzi na większość z tych pytań, co jednak wcale mnie nie uspokoiło, a świadomość tych mechanizmów powoduje u mnie jeszcze większy niepokój odnośnie przyszłości demokracji i pluralizmu, a co za tym idzie przyszłości człowieczeństwa

czwartek, 6 lipca 2017

Książka dzięki której zacząłem czytać...czyli o tym dlaczego warto sięgać po literaturę sportową





Wpis ten powstał w ramach akcji Książka, dzięki której zacząłem czytać zorganizowanej przez Dagmarę z bloga socjopatka.plAkcja ta ma na celu popularyzację czytania poprzez wybór najlepszych książek z różnych gatunków literackich. Każdy z blogerów biorących udział w akcji ma za zadanie przedstawić jeden gatunek i polecić książkę z którą najlepiej w jego opinii rozpocząć przygodę z tym właśnie gatunkiem. Mi przypadł w udziale sport i wybrałem do prezentacji książkę o najlepszym moim zdaniem współczesnym piłkarzu. Dlaczego akurat ten gatunek ? Przede wszystkim z uwagi na to, iż jestem zapalonym kibicem piłki nożnej, a także dlatego iż moim zdaniem jest to idealna propozycja do zachęcenia do czytania facetów, gdyż niestety stanowimy mniejszość jeśli chodzi o populację czytelników.

Tak naprawdę to nie pamiętam pierwszej książki, dzięki której zacząłem czytać. Pamiętam natomiast bardzo dobrze powieść dla której pierwszy raz straciłem głowę, w był to "Hrabia Monte Christo" Dumasa. Zerwałem dla niej kilka nocy. Do dziś czuję te emocje, kiedy z zapartym tchem śledziłem kolejne etapy zemsty konstruowanej przez Edmunda Dantesa. Ale to były jeszcze czasy szkoły średniej...



Łukasz Orbitowski mówił na jednym ze spotkań z czytelnikami, że człowiek wraz z wiekiem zmienia zwykle swe preferencje czytelnicze i trudno się z tym nie zgodzić, kiedy przychodów się skonfrontować z tym, że od książek przygodowych wyszło się do reportaży i literatury latynoamerykańskiej, które na chwilę obecną podobają mi się najbardziej. Niby nic dziwnego, całkiem zrozumiała i oczywista kwestia zważywszy na to, że skoro wraz z wiekiem dojrzewamy to i również innej strawy duchowej poszukujemy. Kiedy socjopatka zaprosiła mnie do udziału w swojej akcji "książka, dzięki której zacząłem czytać" to nie zastanawiałem się nawet przez moment. Najbardziej przeraża mnie fakt, iż są ludzie którzy w ogóle nie korzystają z tej wspaniałej strawy duchowej jaką są książki. Patrząc na stan czytelnictwa w Polsce nie ma co wylewać łez ale szukać konstruktywnych sposobów poprawy tego stanu. Jedną z najbardziej prozaicznych przyczyn może być niedopasowanie lektury do gustu potencjalnego czytelnika. 

Miałem kiedyś długą przerwę w czytaniu i przez kilka lat nie przeczytałem więcej niż jedna książka w roku, do momentu aż w moje ręce trafiła autobiografia największego moim zdaniem współczesnego piłkarza jakim jest Zlatan Ibrahimovic. "Ja Ibra" powstała przy współpracy znanego szwedzkiego dziennikarza David Lagercrantz, którego  może brzmieć znajomo dla fanów trylogii Millennium Larssona. Autor ten jest bowiem odpowiedzialny za kontynuację tego bestsellera pod tytułem "Co nas nie zabije". Razem ze Zlatanem Ibrahimovicem podjęli się oni nie lada wyczynu, bo spisanie bujnej kariery chyba najbardziej popularnego sportowca w Szwecji od czasów Bjorna Borga z pewnością do najłatwiejszych nie należy. Nie dość, że przedsięwzięcie doszło do skutku, to jeszcze otrzymaliśmy chyba najlepszą jak dotąd, a na pewno jedną z najlepszych autobiografii jakie przyszło mi czytać. 




"Ja Ibra" zaspokoi apetyty nie tylko fanów piłki nożnej, ale nawet i tych którzy nie pasjonują się sportem w ogóle. Jest to bowiem przede wszystkim historia wielkiej osobowości, przez jednych ocenianej jako pozer i narcyz, a przez innych docenianej za hart ducha i ogromną wytrwałość w dążeniu do bycia najlepszym. Zlatan Ibrahimovic swoją drogę do statusu piłkarskiej gwiazdy miał bardzo długą i wyboistą. Wychowywał się w getcie i już od samego początku nie miał lekko. Jak się miało później okazać ta peryferyjna dzielnica Malmö w której dorastał, mimo iż nie rozpieszczała to wyrobiła w nim siłę ducha, która to w późniejszym czasie miała nieraz pomagać mu w wychodzeniu z niejednej trudnej sytuacji i kryzysu. "Krnąbrny" to najdelikatniejsze określenie dla charakteru Ibry, którego trenerzy nie cierpieli gdyż nie miał w zwyczaju robić rzeczy, których sam nie uznał za sensowne i potrzebne. Jeśli sam o tym zdecydował to dawał z siebie wszystko, grał w większości wielkich klubów piłkarskich i zdobywał z nimi trofea. Był liderem bez względu na towarzystwo e jakim się znalazł. Nie bał się konkurencji. Nie można obok niego po dziś dzień przejść obojętnie. Jedni go kochają, inni nienawidzą. 

Wśród czytelników książek pewnie znajdują się i tacy, którzy sięgają tylko po "ambitną" gatunkowo literaturę i nie zwracają uwagi na  takie gatunki jak sport, muzyka itp. Traktują wręcz czytelników gustujących w takiej tematyce jako tych "gorszego sortu". Ja jednak dla odmiany uważam że każdy rodzaj literatury jest lepszy niż żaden. Chciałbym zachęcić wszystkich, którzy nie czytają, czytają mało, bądź też omijają szerokim łukiem literaturę sportową i biografie do przełamania się i dania szansy książce "Ja Ibra". Może będzie ona alternatywą dla czasopisma sportowego, dodatkiem do porannej kawy, a może wypełni czas w busie czy pociągu. Kto wie ? Może nawet będzie stanowić rozgrzewkę do literatury z innych gatunków i półek. U mnie tak właśnie było. Najpierw miałem ubaw czytając o wyczynach Zlatana, aby w późniejszym czasie zaczytywać się Stasiukiem czy Tokarczuk. Bo literatura z gatunku sportowego jest według mnie znakomitym przetarciem do kultury ( literatury ) wyższej, ale też stanowi wartość sama w sobie. Czekam na info zwrotne jeśli ktoś się skusi.

niedziela, 2 lipca 2017

Bóg nie jest wielki - Christopher Hitchens



Z Christopherem Hitchensem miałem pierwszy raz do czynienia przy okazji lektury świetnych "Listów do młodego kontestatora". Bardzo przypadł mi do gustu jego sposób myślenia i to jak potrafi przekonać do prezentowanych przez siebie poglądów. Jako że podstawowym prawem wynikającym z wolności jest możliwość samodzielnego myślenia i co za tym idzie swobodne wyrażanie tych refleksji w przestrzeni publicznej, to aby to robić warto moim zdaniem co jakiś czas sięgnąć po myślicieli kalibru Hitchensa, co uczyniłem pp upływie krótkiego okresu czasu poraz kolejny już. 

"Bóg nie jest wielki" to z pewnością nie jest propozycja dla ludzi, którzy trwale i czasem niestety bezmyślnie trwają przy dogmatach dotyczących boga i religii zaszczepionym im już w dzieciństwie przez rodziców i rozmaite instytucje. Nie jest to również lektura dla tych których na samą myśl o poddaniu w wątpliwość idei boga ogarnia lęk, a czasem nawet przerażenie. Nie powinni po tą książkę sięgać także ci czytelnicy, którzy patrzą na osobę boga w sposób bezkrytyczny i nie biorą pod uwagę nie tylko poddania w wątpliwość jego istnienia, ale nawet nie widzą możliwości podjęcia rozważania na temat jego dobroci czy zwykłej omylności. Christopher Hitchens nie uprawia taniej demagogii ani też nie ucieka się do tanich chwytów ale staje w opozycji do postawy zinstytucjonalizowanej religii która nie daje możliwości do zwykłych rozważań nad kwestiami wiary w zamian za to proponując ślepe posłuszeństwo i bezmyślne zaufanie co do własnej tezy o istnieniu boga, a ponadto do zmonopolizowanej roli kościoła jeśli chodzi o reprezentowanie boskich interesów na ziemi. Nie wiem jak innym, ale mi osobiście nie odpowiada sytuacja, kiedy blokuje się moją wolność w kwestii prostego poddania w wątpliwość jakiejkolwiek idei. Wyciąganie własnych wniosków i zaufanie własnym odczuciom i myślom to przecież idea człowieczeństwa. Tym bardziej odpowiada mi formuła tej książki, gdzie eseje tworzone przez Hitchensa niemal przez całe życie nie narzucają jego wizji boga i religii, ale zachęcają do sprawdzenia innych perspektyw. 

Postawienie nauki i religii po przeciwnych stronach i okopanie się na skrajnych pozycjach to zdaniem autora tej książki jedna z przyczyn dla których powinniśmy się sprzeciwiać jako ludzkość w stosunku do zinstytucjonalizowanej formy wyznawania wiary. Kościół bez względu na wyznanie, począwszy od chrześcijaństwa, poprzez islam, a na judaizmie kończąc tłamsił przez wieki wiarę i to nie tylko jeśli chodzi o zwalczanie teorii ewolucji. Oddawał się tej praktyce na każdym polu, gdzie nauka dawała człowiekowi możliwość wytłumaczenia sobie w prosty sposób tego co do tej pory religia tłumaczyła ingerencją Boga. Skąd taka postawa kościoła i jego hierarchów ? Otóż nauka pozwalała wyswobadzać ludzi z pod jażma poddaństwa wobec tegoż kościoła. Już w starożytnym Egipcie wykorzystywano zjawiska atmosferyczne do kontroli umysłów niewyedukowanej ludności przez faraonów przy udziale kapłanów, a władcy Egiptu nie byli pewnie pierwsi, na pewno zaś nie jedyni jeśli chodzi o ten proceder.

Od lat władza kroczy w towarzystwie kościoła, a czasem konkuruje z nim w procederze zniewalania ludzi. Im mniej edukacji, a więcej lęku i strachu tym społeczeństwem łatwiej się rządzi, o czym mamy okazję przekonać się obecnie kiedy poddańczość i bezmyślne trwanie przy jawnej dyktaturze sumienia i umysłów jest wprost proporcjonalna do wzrostu znaczenia kościoła katolickiego w naszym kraju. Co najsmutniejsze zorganizowana religia rzadko ma cokolwiek wspólnego z przeżyciem duchowym, za to jak najbardziej pozbawia swych wyznawców tego co stanowi istotę rozwoju cywilizacji czyli swobody myślenia i nieskrępowanej wymiany poglądów na temat otaczającej rzeczywistości. Istotą nauki jest ciekawość świata i chęć poznania wszystkiego co inne i niepojęte, a niestety religia w alternatywie zakłada ślepe zaufanie i wręcz doszukuje się w rozumie i dedukcji działania złego. Coś co stanowi kwintesencję i afirmację ludzkiego umysłu jest przez hierarchów kościelnych traktowane jako "działanie złego". Trudno nie zgodzić się z tezami Hitchensa, że religia często jest odpowiedzialna za cofanie się człowieka w rozwoju i jego powrotu  do "czasów jaskini". 

Podsumowując, książka ta nie jest przeznaczona dla każdego. Należy przed jej lekturą liczyć się z tym, że wymaga ona otwarcia umysłu i zgody na krytyczne podejście do tematów związanych z religią. Po jej przeczytaniu można wzmocnić dylematy odnośnie faktu, czy to bóg bądź jakaś inna siła wyższa stworzyła człowieka czy też człowiek potrzebował boga więc go sobie stworzył. Wolność zakłada możliwości wyboru, a wybór wiąże się ze swobodą myślenia, której orędownikiem jest Hitchens, a wraz z nim jego czytelnicy z niżej podpisanym. 

piątek, 23 czerwca 2017

#WstydźSię! - Jon Ronson




Jon Ronson to autor, którego sobie upodobałem po lekturze książki "Czy jesteś psychopatą", gdzie tropił on psychopatyczne osobowości w przestrzeni publicznej. Znany jest również z tytułu "Człowiek, który gapił się na kozy", w ekranizacji którego wziął udział George Clooney. 

Ronson nie tylko jest dobry jako powieściopisarz, ale wykazuje się przede wszystkim zmysłem reporterskim, a do tego wszystkiego ma specyficzne poczucie humoru, co w rezultacie tworzy mieszankę idealną. W książce "#WstydźSię!" bierze on na tapetę jedno z najbardziej nieprzyjemnych uczuć z którymi człowiekowi przychodzi się stykać. Swoje "dochodzenie" prowadzi wśród osób, które z różnych powodów stały się ofiarami publicznego zawstydzenia. W dobie internetu proces napiętnowania to często kwestia jednej nieprzemyślanej wypowiedzi, czy też wyjęcia z kontekstu jednego czy dwóch zdań. Czasami wręcz mamy do czynienia z paradoksami, gdzie ironia czy sarkazm, nawet inteligentny żart może być zrozumiany jako wyraz braku wyczucia, a w skrajnych przypadkach stanowić podstawę do oskarżeń o rasizm, homofobię czy też brak empatii o wyczucia. Łatwość z jaką użytkownicy Facebooka, Twittera czy innych serwisów ferują wyroki i dokonują samosądu na delikwentach może przerażać jeśli poddamy ten problem refleksji. Problem tym, że na refleksyjność nie ma zbytnio miejsca przy spontanicznych reakcjach internetowych trolli. 

Im dalej brniemy w książkę Ronsona tym bardziej możemy zauważyć, iż autor nie poprzestaje w swojej dziennikarskiej misji ( która nota bene rozpoczęła się za przyczyną prozaicznego spambota) na studium zawstydzania w oparciu o rzeczywiste historie ludzkie i wychodzi od nich do próby analizy problemu w postaci coraz mocniejszej tendencji ogółu do "równania" standardów. Jak się okazuje zjawisko to odbywa się nawet kosztem unicestwiania, mieszania z błotem wszystkiego co odmienne. Tłum bowiem rządzi się swoimi prawami i nie znosi kiedy trafia się pośród niego jednostka, która myśli samodzielnie i odstaje od reszty. Już na samym początku spotyka się ona z ostrymi reakcjami ogółu, co w rezultacie przypomina oddziaływania charakterystyczne dla systemów totalitarnych. Niewiele trzeba żeby zostać wyrzuconym poza nawias, a proces wykluczenia odbija się mocno na życiorysach większości osób, które  znajdziemy w książce "#WstydźSię!". Myślę sobie zresztą, że wcale nie musimy daleko szukać, bo co chwila w mediach społecznościowych dzieją się historie podobne do tych z kart bestsellera autora tej książki. 

Jon Ronson w odróżnieniu od tych, którzy w sieci wydali bezapelacyjne wyroki i dokonali samosądu na ludziach którzy zamieścili w sieci kontrowersyjne wpisy, zadaje pytania o rzeczywisty wymiar ich winy. Kiedy zadaje pytanie o intencje, bada indywidualny kontekst wypowiedzi i dopuszcza możliwość ludzkiego, pospolitego błędu to tym samym udaje mu się odwrócić perspektywę i udowodnić smutną prawdę o współczesnym społeczeństwie, gdzie nie ma miejsca na słabość, a jeden błąd może kosztować bardzo wiele. Żyjemy w czasach, gdy ofiara wściekłego tłumu zostaje pozbawiona podstawowego prawa - prawa do obrony. Jon Ronson przywraca części z tych osób to elementarne prawo poprzez przedstawienie ich historii i chwała mu za to, a że dodatkowo robi to z dużym poczuciem humoru to efekt jest tym bardziej godny polecenia do lektury. Jeśli zaś spodoba się wam styl autora to polecam sięgnąć również po inne jego książki, a już napewno po jego publikację "Czy jesteś psychopatą,", gdzie z równie wielką dozą humoru i dystansu tropi on psychopatów w przestrzeni publicznej. 

niedziela, 18 czerwca 2017

Istoty ulotne. Opowieści terapeutyczne - Irvin David Yalom




Przyznaję, że od jakiegoś czasu miałem rozbrat z książkami Yaloma, co pewnie głównie brało się z faktu, iż z reguły człowiek unikalnych tematów związanych ze śmiercią, przemijaniem, żalem po stracie. Jeśli już jednak pojawi się u was gotowość do konfrontacji z tymi tematami to Irvin D. Yalom jest idealnym kandydatem na przewodnika jako że dokonuje on tego w sposób niemal bezbolesny. 

Wiele prób podejmowano jeśli chodzi o opis procesu terapeutycznego i przybliżenie na czym polega psychoterapia widziana od kuchni, ale nikomu nie udało się tego zrobić w taki sposób jak ten sympatyczny staruszek. Cechuje go ogromne poczucie humoru, a przy tym dystans do siebie co sprawia, iż relacja jest terapeutyczna w jego wykonaniu nigdy nie była i nie będzie tak fascynująca. "Istoty ulotne" to ta sama formuła jak obrosły już legendą doskonały zbiór "Kat miłości" i mimo że wydawać by się mogło, że może to się w końcu znudzić to autor przy doborze przedstawionych historii zadbał byśmy nie mogli oderwać się od lektury.  

Kolejni bohaterowie "Istot ulotnych" to osoby, które w różny sposób starają się uciec przed myślą o tym co nieuniknione. Robią oni wszystko żeby nie skonfrontować się z przebijającą się do ich świadomości prawdą o tym, że należymy do istot które przemijają, a każdy dzień zbliża nas do pewnego końca. Nie pomoże ucieczka w coraz to nowe związki, nie pomoże uciekanie w pracę czy eksperymentowanie z coraz to nowymi sposobami dostarczania sobie zastępczych gratyfikacji celem odwrócenia uwagi o nieuchronnej śmierci. Nic też nie da obrażanie się na cały świat i ludzi wokół. Fakty są brutalne i bez względu na to czy wierzymy w życie po śmierci czy też jak sam autor poddajemy taką możliwość w wątpliwość to każdy zmarnowany dzień, każda upływająca chwila uciekają bezpowrotnie. Co daje więc zamierzenie się z prawdą, że czeka nas śmierć? Wedle Yaloma poza nieprzyjemnym uczuciem żalu po stracie otrzymujemy szansę by wykorzystać ten dany mam czas najlepiej jak umiemy. 

David Irvin Yalom pokazuje nam jak korzystać z czasu na przykładzie swojej pracy terapeutycznej z pacjentami. Wykorzystuje on te kilkadziesiąt minut spotkania z drugim człowiekiem doskonale, cały czas analizując proces relacji zachodzącej między nimi. Sposób pomagania przez niego drugiemu człowiekowi w nurcie humanistycznym jest bardzo bliski niejednemu terapeucie, lecz szkopuł leży w tym iż nie każdy kto czytając Yaloma chce być taki jak on ma do tego predyspozycje i umiejętności. Dla mnie osobiście takie widzenie drugiego człowieka gdzie z relacji czerpie nie tyko pacjent, ale i terapeuta zawsze będzie najbliższe jeśli chodzi o wizję pomagania ludziom. W dobie bogactwa rozmaitych szkół i nurtów, gdzie aż roi się od fajerwerków i akrobatycznych interpretacji tłumaczenia zachowań człowieka to właśnie tak zwyczajne " yalomowskie towarzyszenie" człowiekowi w jego kryzysach i dylematach ma w moim odczuciu największą moc. 

Podsumowując, książka ta stanowić będzie szalenie interesującą lekturę zarówno dla tych którzy zajmują się pomaganiem w sposób profesjonalny, jak również dla tych których ciekawi "jak to się robi", a może raczej jak powinno się to robić, bo i wśród psychoterapeutów teoria nie zawsze znajduje odbicie w praktyce i to bez względu na wiszące w gabinecie dyplomy. Zatem miłej lektury. 

sobota, 10 czerwca 2017

Dzikusy tom I - Sabri Lauatah




Dzięki uprzejmości Wydawnictwo W.A.B poraz kolejny miałem okazję przeczytać książkę, której sam pewnie bym nie zakupił. Być może brzmi to dziwnie, ale to swego rodzaju fortel, który stosuję w ostatnim czasie. Jeśli już kupuję książkę to z reguły jest to pozycja z kategorii tych tak zwanych "pewniaków" jeśli chodź o mój gust. Czasem jednak dla odmiany lubię wypatrzyć coś innego i jeśli tylko spotka się to z uprzejmością wydawcy, to wtedy na mój czytelniczy warsztat trafiają takie książki jak właśnie "Dzikusy".

Tak naprawdę jedynym większym mankamentem powieści Sabri Lauatah jest fakt, iż istnieje jak narazie tylko tom I. Jak ogromny stanowi to dyskomfort przekona się każdy kto sięgnie po tę książkę. Z początku akcja rozkręca się powoli. Nie dziwi to że względu na fakt, iż tło społeczne jest niezbędne w przypadku takiej historii z jaką mamy tu do czynienia, o czym już za moment. Tak samo zresztą jak początek toczy się leniwie, z uwagi na co czytelnik może oddawać się lekturze bez obawy że coś mu umknie po drodze, a jednocześnie nawet pozwolić sobie na wykonywanie innych czynności jak choćby parzenie kawy, tak też pod sam koniec akcja przyspiesza gwałtownie, a emocje sięgają zenitu. Wtedy jednak wszystko niespodziewanie się urywa i... no właśnie... do zobaczenia w drugim tomie.

W tym momencie wypada przybliżyć choć pokrótce samą treść. Francja staje u progu wiekopomnego wydarzenia jakim bez wątpienia może stać się wybór na prezydenta, poraz pierwszy w historii kandydata wywodzącego się z mniejszości narodowej. Szawisz to potencjalny arabski prezydent-elekt, którego poznajemy na ostatniej prostej wyścigu prezydenckiego i jak się okazuje znajduje się on na pozycji lidera, a do końca wyborów zostało kilkanaście godzin. Jego losy mają niebawem spleść się z losami członków rodziny Nerrouche, a przede wszystkim z jednym z nich tj. Karimem, który jest świadkiem pana młodego. Wesele, w którym bierze udział rodzina Nerrouche staje się doskonałą okazją do wprowadzenia czytelnika w socjologiczne i obyczajowe wątki, które pokazują kontekst tego potencjalnego, jak może się na chwilę obecną wydawać niemożliwego wręcz wyboru ludu. Kto zyska na tym, iż arabski kandydat zwycięży, a komu jest to nie na rękę? Jak się okaże, sprawa wcale nie jest taka oczywista.

Lektura "Dzikusów" sprawia wrażenie oglądania w TV reality show, z tym że zamiast przyglądania się bezmyślnym podrygiwaniom imprezującej i alkoholizującej się bandy kreatynów mamy tu do czynienia z całkiem zgrabną satyrą odnoszocą się do tej z grup społecznych ww Francji, która przesiąknięta jest urazą i ma poczucie marginalizacji społecznej. Sabri Lauatah przeprowadza w swojej książce swoisty rodzaj eksperymentu, który ma pokazać co może się wydarzyć gdy ci porzuceni obywatele skonsolidują się i znajdą swego reprezentanta. No właśnie, co to może oznaczać dla przyszłości Francji? A może fabuła potoczy się w całkiem innym kierunku? Sam jestem tego bardzo ciekaw i dlatego będę mocno wyczeliwał kolejnych tomów "Dzikusów". 

wtorek, 6 czerwca 2017

Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego - Łukasz Orbitowski





Łukasz Orbitowski to autor obok którego nie da się przejść obojętnie, a przynajmniej ja tego nie potrafię. Nie bez znaczenia jest tu fakt, iż odnajduję w tym jak przeżywa świat, czym się karmi, co go nakręca wiele podobieństw do własnej osoby. "Rzeczy utracone" to zbiór tekstów, które były przez niego publikowane na blogu, tym bardziej stanowią dodatkową wartość dla fana, gdyż są mocno osobiste i pozwalają zbudować sobie obraz ulubionego autora. 

Teksty, które znajdziemy w tej książce są mocno zróżnicowane jeśli chodzi o poruszane tematy, wartość artystyczną czy samą formę. Znajdziemy tu nawet bajki i to właśnie one spotkały się z mojej strony z najbardziej entuzjastycznym przyjęciem. Wszystkie te teksty łączy przede wszystkim inteligencja w patrzeniu i komentowaniu otaczającej rzeczywistości. Jest coś takiego w sposobie pisania Orbitowskiego, że w sumie jest mi obojętne o czym pisze byleby nie tracił tego czegoś czym przyprawia słowa. Oprócz inteligencji tego autora cechuje również ogromny dystans do siebie, a także poczucie humoru i to takie z gatunku tych wyszukanych. Jest to o tyle istotne, iż w dzisiejszych czasach żart często sięga rynsztoka, bywa prymitywny i często łączony jest zwyczajnie z głupotą ( nie mylić z absurdem). U Łukasza Orbitowskiego żart ma odpowiedni pazur, monetami jeździ po bandzie, ale nigdy nie przesuwa się za tą granicę kiedy staje się on niesmaczny. 

Już nieraz przekonałem się, że na odbiór danego twórcy ma ogromny wpływ to na ile znany jest nam kontekst w którym jego twórczość powstaje. "Rzeczy utracone" mogą pełnić właśnie taką rolę. Przybliżają nam to co kształtowało i kształtuje Łukasza Orbitowskiego jako człowieka, a przede wszystkim jako pisarza. Dzieli się on z nami tym co go nakręca, dodaje energii, przybliża swój cykl twórczy. Dowiadujemy się o jego bolączkach, źródłach frustracji, stosunku do tego co dzieje się wokół. Pokazuje nam to co w jego życie wnoszą pasje, tak jak choćby podróże. Wszystko to rzuca światło na tego twórcę i pozwala go poznać tym, którzy mało o nim wiedzą. Dla tych zaś z nas, którym postać Orbitowskiego nie jest obca książka ta będzie kolejnym dowodem na to, iż jest on postacią bardzo autentyczną i to mimo tego, że on sam często zaznacza, że warto brać na niego poprawkę bo jednak podejmuje grę że swoim czytelnikiem. No ale który z pisarzy ( dobrych pisarzy) tego nie robi. Bez tego nie było by literatury z górnej półki. 

Na koniec wspomnę jeszcze o jednej kwestii, dzięki której Łukasz Orbitowski, nie tylko w książce "Rzeczy utracone" ujmuje mnie jako czytelnika po całości. Otóż wynika to z tego jak odbija się w jego tekstach popkultura, a konkretniej jej wytwory należące właśnie do tego zbioru "rzeczy utraconych", jak choćby dobry horror, wartościowe wydawnictwo z nurtu metalowego, czy też rasowa fantastyka. Nostalgia jaką przejawia Orbitowski w tych momentach kiedy odnosi się do tego co zrobił czas z tymi rzeczami jest szczególnie bliska memu sercu. To wynik swego rodzaju wrażliwości charakterystycznej dla pokolenia transformacji. Pewnie nie jeden trzydziestoparolatek odnajdzie w tym sposobie przeżywania siebie i to jest uczucie z gatunku tych bezcennych. 



piątek, 2 czerwca 2017

Zawiść ver. 1.1 - czyli światopoglądowe anomalie

" - Jak tak można? ", " Przecież to nie po katolickiemu " , " Teraz może i jest uczucie, ale wypali się, zaniknie " , "Teraz selfiaki słodziaki, a potem będzie spanie dupami do siebie", "Rodzina powinna być najważniejsza", "Bez Boga w życiu nie ma szans na szczęście", "Bóg, Honor i Ojczyzna", "Każdy ma swój krzyż", "Bierz swój los w pokorze", "Europa biała i chrześcijańska". Ogólnie mówiąc to chciałbym mieć, że tak się wyrażę wyjebane na takie teksty ilekroć gdzieś tam orbitują wokół moich uszu, ale nic na to nie poradzę że mam taki już sparszywiały charakter iż nie potrafię. 

Często podnoszony jest w ostatnim czasie lament o potrzebie obrony tradycyjnych wartości chrześcijańskiej Polski ( już nie Europy bo ta już wedle tej "logiki" chrześcijańska dawno być przestała) przed jakimś tam iluzorycznym i według mnie wydumanym najeźdźcą, który czyha u bram naszego supermocarstwa aby sprzeniewierzyć wszystko co najświętsze w tym naszym grodzie. Konsolidują się bojówki przebranych w komunijne garnitury dresów którym znudziło się oglądanie nudnej ligowej piłki i naparzanie się między sobą na stadionach więc dla urozmaicenia zaczęli zaglądać do "piguł" z historii. Szaliki i kominiarki domorośli wojownicy zamienili na proporce i sztandary z w wstawkami ornitologicznymi aby wspomagani przez rycerzy krucjaty różańcowej wykrzykiwać komunały w rodzaju "Chrystus Rex", "a na drzewach zamiast liści... "itd. (szkoda słów). Można odnieść wrażenie, że każda niemal okazja, data staje się dla nich okazją do marszów, pochodów, manifestów o protestów w obronie tradycji właśnie. 

Z tą tradycją to tak sobie myślę że nie powinno być problemu, bo ta zwykle broni się sama. Tyle że coś mi nie pasuje jeśli chodzi o wartości które trafiają na te sztandary. Ma się bowiem wrażenie, że Ci wszyscy "neo-patrioci" coś tam w tym całym swoim neofickim entuzjazmie pomieszali. Z tego co bowiem udaje mi się zaobserwować to ten tradycyjny katolicyzm ma się wyrażać w : 

- nienawiści do wszystkiego i wszystkich którzy są inni pod względem wyznania, narodowości, wartości, preferencji seksualnych itd. 

- tendencji do narzucania gwałtem własnej wizji świata i ujednolicania sposobu myślenia bez względu na perspektywę i kontekst kulturowy. 

- totalnej ignorancji co do potrzeb innych ludzi na rzecz egoistycznego "widzimisię". 

-  pernamentnej zazdrości i zawiści wobec osób którzy wykazując się zaradnością i pracowitością w myśl zasady "równaj do dołu". 

- braku dystansu do siebie, infantylnej i roszczeniowej postawie, umartwianiu się i braku poczucia humoru. 

-  poddańczej i uprzedmiotowionej roli kobiet w społeczeństwie z tendencją do ograniczania podstawowych praw i potrzeb. 

-  oddawaniu czci bożkom, przedmiotom i symbolom w sposób bezrefleksyjny łącząc go z przesądami i rozmaitymi ludowymi wierzeniami. 

- oddawaniu się rytuałom i rozmaitym różnym czynnościom bez zastanowienia i wglądu w ich znaczenie i rolę. 

- szafowaniu symbolami patriotycznymi i wykorzystywaniu ich do własnych celów przy jednoczesnym "mydleniu" historii i bezmyślnym umieszczeniu znaków typu "Polska Walcząca" choćby na genitaliach. 

- klerykalnej wizji kościoła gdzie sakrament został wyceniony i jest obiektem handlu nie zapleczach świątyń.  

- fanatycznej wręcz postawie i mowie nienawiści  względem religii islamskiej i kultury arabskiej. 

Mógłbym tak długo jeszcze wymieniać, mnożyć przykłady składające się na spaczony tradycyjny model prawicowego konserwatyzmu osadzonego w narodowo-katolickiej wizji Polski i świata, ale nie o to chodzi. Chciałem w tym poście wyrazić swoje oburzenie i sprzeciw co do zwłaszcza nią religii i historii do partykularnych celów. Dla mnie bowiem chrześcijaństwo i polska tradycja w dużej części na nim zbudowana to przede wszystkim :

- braterstwo 

- miłość do bliźniego wyrażająca się w gotowości do niesienia pomocy ( patrz kryzys uchodźczy) 

- tolerancja i poszanowanie innych wierzeń, kultury, tradycji w duchu ekumenizmu

- współpraca w imię humanizmu i dobra wspólnego 

- dialog 

- altruizm i filantropia 

- duchowość w miejsce instytucjonalnej i opartej na symbolach wizji Boga 

- radość i afirmacja życia w miejsce umartwiania się 

- elastyczność i wychodzenie drugiemu człowiekowi na przeciw. 

Co wy na to? W którą stronę wam bliżej? Gdzie widzicie przyczyny radykalizacji światopoglądowej i czy też macie poczucie, że ta nasza tradycja gdzieś tam zjadła swój własny ogon w tyglu zawiści i egoizmu? Pozdrawiam i życzę przede wszystkim dystansu i refleksji bo bez tego biada "naszej cywilizacji". 

piątek, 26 maja 2017

Kluczowy świadek - Jørn Lier Horst




Także i ja poddałem się sile promocyjnej machiny odnośnie książki Jørna Lier Horsta i postanowiłem sprawdzić kto to taki i o co tyle szumu. Muszę przyznać, że towarzyszył mi swego rodzaju sceptycyzm i raczej nie liczyłem na pozytywne wrażenia z lektury. Często sprawdza się mądrość ludowa, że ' z dużej chmury mały deszcz", ale na moje szczęście tym razem trafił się wyjątek.

Autor "Kluczowego świadka" zdążył już zebrać całkiem sporą rzeszę fanów w naszym kraju i większość użytkowników takich portali jak choćby lubimyczytać doskonale wie kto to taki ten Jørn Lier Horst. Seria o Williamie Wiistingu miała tę wadę, iż poszczególne jej tomy ukazywały się w Polsce trochę tak bez ładu i składu i stąd też chyba mój dystans do tych bądź co bądź głośnych kryminałów. Kiedy ruszyła akcja promocyjna odnośnie "Kluczowego świadka" to moja ciekawość w końcu wygrała, zwłaszcza że jest to tak naprawdę początek serii o sympatycznym komisarzu. 

Pierwsze ważenia, które mi towarzyszyły przy lekturze tej książki to z pewnością dbałość autora o bardzo szczegółowy rys postaci głównego bohatera. Nie ma się niby czemu dziwić skoro to pierwszy tom długiej serii o przygodach Wistinga, ale myślę że Horst zasługuje na uznanie czytelników mimo wszystko, gdyż wykreował bardzo barwną postać. Być może dla niektórych słowo "barwna' w odniesieniu do komisarza Williama Wistinga będzie swego rodzaju ekwilibrystyką, ale moim skromnym zdaniem to nie lada sztuka zaciekawić czytelnika kimś tak przeciętnym jak ten policjant. Osoby przyzwyczajone do śledczych w rodzaju Harry'ego Hole czy Fabiana Riska, którzy już na kilometr intrygują swą bujną przeszłością, skomplikowaną osobowością, a do tego jeszcze zmagają się z problemem uzależnienia mogą się zdziwić na spotkanie z Wistingiem, bo on dla odmiany jest "standardowy".Nie wydziwia, nie ma specjalnych dylematów egzystencjalnych, jest "zarobiony", ale przy tym ma zapędy pracoholika, nie charakteryzują go nagłe przebłyski i odkrycia które popychają śledztwo do przodu, a za to stosuje starą sprawdzoną dedukcję i w miejsce indywidualizmu i gwiazdorzenia znajdzie się u niego praca zespołowa. Mimo tego, że trochę zalatuje tu z pozoru nudą, to dziwnym trafem takowej nie doświadczycie w "Kluczowym świadku" 

Sama historia na bazie której toczy się pierwszy tom serii o Williamie Wistingu jest wedle tego co udało mi się wyczytać w recenzjach i materiałach promocyjnych dotyczących tej książki oparta na śledztwie w sprawie morderstwa, które swego czasu toczyło się faktycznie w Norwegii i było bardzo głośne. Pewnie dla samych Norwegów, bądź osób z Norwegią blisko związanych jest to dodatkowy smaczek, bo dla mnie przyznam się szczerze niekoniecznie. Ja potraktowałem powieść Jørna Lier Horsta jako fikcję literacką i muszę stwierdzić iż w kategorii kryminałów prezentuje się bardzo przyzwoicie. Już na samym początku jesteśmy postawieni w obliczu zbrodni na Prebenie Prammie, który zostaje znaleziony martwy w swoim domu, a ślady odnalezione na jego ciele wskazują na brutalne morderstwo. Ofiara była przed śmiercią torturowana, a pikanterii sprawie dodaje fakt, iż już na samym początku zostaje wykluczony motyw rabunkowy. Tym samym prawdopodobieństwo odnalezienia sprawcy bądź sprawców spada niemal do zera, ale jak się okazuje nawet dla spokojnego Williama Wistinga nie ma spraw nie do rozwiązania.

Nie wiem szczerze powiedziawszy czy kiedykolwiek jeszcze sięgnę po serię o komisarzu Wistingu, ale myślę sobie, że każdy wielbiciel kryminałów powinien dać szansę choć jednemu tomowi tej serii, a "Kluczowy świadek" wydaje się być pozycją wręcz idealną do początku romansu. Życzę więc przyjemnej lektury, która powinna zaspokoić apetyt nawet najbardziej wybrednych fanów kryminalnych zagadek. Główny bohater powieści Jørna Lier Horsta przypadnie do gustu przede wszystkim fanom Wallandera.