sobota, 16 września 2017

Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę - Sumia Sukkar




Jakoś tak po cichu, bez echa przemknęła ta książka na naszym rynku wydawniczym. Swego czasu rzuciła mi się w oczy okładka, ale zwyczajnie nie wczułem się w klimat i nie zwróciłem wtedy większej  uwagi na tę pozycję. Szczerze mówiąc, pomimo tego iż ostatecznie bardzo przypadła mi do gustu ta historia to wciąż nie jestem przekonany do projektu okładki, która moim zdaniem bardziej zniechęca niż intryguje.

"Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę" to debiut, ale ten z rodzaju gdzie czytelnik ( tudzież ja) rozdziawia japę i wydaje okrzyk "Wow!". Jest to powieść bardzo emocjonalna, poruszająca ważny temat i myślę, że powinni go wziąć pod uwagę przede wszystkim Ci, którym tak łatwo przychodzi ocena uchodźców i ich motywacji przy próbie osiedlenia się w Europie. Piekło wojny w Syrii zostało w książce Sukkar oddane w sposób bardzo sugestywny, a specyficzny punkt widzenia narratora, którym jest autentyczny chłopiec jeszcze dodaje grozy całej historii. 14-letni Adam wprowadza nas w wydarzenia, które położyły piętno na jego kraju poczynając od pierwszych sygnałów wzbudzających niepokój, a na ucieczce w ochronie resztek godności i przede wszystkim życia kończąc. Wraz z nim poznajemy jego rodzinę, której wszyscy członkowie bez wyjątku, czy to kobiety czy mężczyźni przejdą prawdziwą gehennę zanim zaczną salwować się ucieczką. 

Dla dorastającego chłopca wydawać by się mogło, że nic bardziej nie jest w stanie zaburzyć jego świata niż śmierć kogoś kto najlepiej go rozumiał, to jest jego matki. Tym bardziej jeżeli ma on duże trudności w zyskaniu tegoż zrozumienia i akceptacji że strony rówieśników, co z kolei wynika z jego trudności poznawczych. Wprawdzie siostra Adama stara się wypełnić pustkę po śmierci matki i opiekuje się nim jak tylko potrafi, ale trudno jest zapewnić poczucie bezpieczeństwa w przypadku takiej właśnie traumy. Jakby tego było mało wybucha powstanie. Jak to zwykle bywa przy wszelkiego rodzaju przewrotach, na początku jest bardzo romantycznie o powietrze przepełnia nadzieja i atmosfera uniesienia. Szybko jednak ustępują one krwawemu terrorowi reżimu, który próbuje ten przewrót zdławić, a najbardziej poszkodowanymi będą niestety cywile.

Jak odnaleźć się w sytuacji kiedy nie ma co jeść? Jak odróżnić przyjaciół od wrogów? Jak poradzić sobie z kolejnymi stratami i jak pojąć to co tak naprawdę z założenia jest niepojęte? Z takimi dylematami przyszło się zmierzyć bohaterowi książki "Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę". Sumia Sukkar pozwala nam wczuć się w sytuację dziecka, które wraz ze swoimi bliskimi przeżywa gehennę. Ktoś może powie, że takich książek jest wiele, ale chyba jednak ciągle za mało jeśli obserwować reakcje choćby w naszym kraju na ewentualność udzielenia schronienia imigrantom między innymi z terenów objętych wojną. Wojna dotyka każdego bez wyjątku, dzieci, kobiety i mężczyzn. Wobec jej okrucieństwa nikt nie pozostaje bezpieczny stąd też dziwić może wybiórczość w kwestii komu należy się a komu nie należy pomoc i schronienie. Taką właśnie prawdę wyniosłem ja z książki którą popełniła Sumia Sukkar, a zrobiła to w taki sposób jakby sama była naocznym świadkiem przedstawionych tu wydarzeń. Może tak jak jej główny bohater malował wojnę, tak i ona swoją powieścią namaluje empatię w sercach tych najbardziej zatwardziałych. 

niedziela, 10 września 2017

Pogorzelisko ( 2010) - Denis Villeneuve



"Pogorzelisko" jest jednym z najważniejszych filmów jakie widziałem w swoim życiu i nie przesadzam ani trochę pisząc te słowa. Długo dałem mu czekać zważywszy, że już ładne parę lat temu polecał mi ten film znajomy zaznaczając, iż trzeba go po prostu zobaczyć. No cóż, wtedy zareagowałem podobnie jak pewnie większość czytających początek tej opinii, to znaczy że sporym sceptycyzmem. Pozostaje mi mieć nadzieję, że się go jednak wyzbędziecie.

Bliźnięta Simon i Jeanne w momencie śmierci swojej matki zostaną poddani największej próbie w swoim życiu. Podczas czytania testamentu dowiadują się nie tylko o tym, iż ich ojciec żyje ale też, że mają brata o którego istnieniu dotąd nie wiedzieli. Matka zostawiła przed nimi pewną misję do wykonania. Otóż mają dostarczyć swemu ojcu i bratu zapieczętowane listy, a wtedy dopiero mogą dokończyć płytę na jej nagrobku. Dopóki obietnica, której jej nie udało się spełnić osobiście nie zostanie spełniona dopóty ona spoczywać będzie w nienazwanym grobie. Jaką historię swego pochodzenia odkryją bliźnięta? Jak wpłynie ona na ich dalsze życie i z jakimi traumami przyjdzie im sobie poradzić? O tym dowiemy się krok po kroku składając do kupy poszczególne elementy układanki, które na początku rodzą kolejne pytania zamiast dawać oczekiwane odpowiedzi.

Nie chciałabym zbytnio zdradzać więcej odnośnie samej treści "Pogorzeliska", gdyż sam na szczęście uniknąłem spojlerów czytając fragmenty recenzji tego filmu w sieci i dzięki temu zrobił on maksymalne wrażenie jakie chyba mógł zrobić na widzu, który pozwoli sobie na przeżywaniu obrazu Denisa Villeneuve w skupieniu. Nie będę też z wiadomych względów rozpisywał się nad kunsztem reżysera i innych jego walorach technicznych, bo filmoznawcą czy krytykiem nawet domorosłym nie jestem. To co skłoniło mnie do napisania tej opinii, to przesłanie tego filmu, które mimo iż historia dotyczy wojny domowej w Libanie i tamtejszej specyfiki społecznej jest jak najbardziej przesłaniem uniwersalnym i co najważniejsze bardzo istotnym z punktu widzenia obecnych wydarzeń i zachodzących procesów społecznych, które są co najmniej niepokojące. Obraz Villeneuve porusza bowiem kwestie związane z winą, odkupieniem, nienawiścią i przebaczeniem. Mówi o fundamentalnych wartościach człowieka, które zatracają się w momencie nastania nurtów nacjonalistycznych i fundamentalistycznym podejściu do wiary. Opowiada o znaczeniu pochodzenia i roli traumy z przeszłości na podejmowane przez nas w późniejszym życiu decyzje, które to traumy zniekształcają często nasze wybory, a nawet je odczłowieczają.

Żyjemy w czasach kiedy postawy nacjonalistyczne nie tylko zaczynają być obdarzane przez rządzące "elity" ( mam trudność z tym terminem w odniesieniu do osób które znalazły się w obozie wpływów na losy nie tylko naszego kraju, ale i większości Europy i Świata stąd też cudzysłów) poparciem, ale wręcz są promowane jako jeden z elementów kontroli nad wpędzanym w paranoję i schizofrenię społeczeństwem. W czasach kiedy pojęcie fundamentalizmu jest błędnie odnoszone wyłącznie do islamu podczas gdy tendencje fundamentalistyczne są obecne w większości wyznań o religii. Do tego dochodzą coraz bardziej widoczne tendencje do podkreślania różnic, zawłaszczania symboli, rozdrapywania ran i jątrzenia. Szczególnie dziś więc wydaje się na nowo aktualne to o czym mówi historia ukazana przez Villeneuve. Jest to swego rodzaju psychodrama, a przy tym również okazja do przyjrzenia się wciąż powtarzającym się konsekwencjom tego wszystkiego o czym przed chwilą pisałem, a te są przerażające. Emocji jest taki ogrom, że po zakończeniu seansu z mych ust automatycznie poniosło się "Ja pierdole..." Gniew, bezsilność, smutek, żal to tylko niektóre z tych emocji które przychodzą mi teraz do głowy, a wszystko to włącznie z przygnębiającą refleksją - "Dlaczego ludzie nie chcą się uczyć na błędach poprzednich pokoleń i narodów tylko wciąż na siłę chcą je powtarzać na własnych skórach, kiedy to najczęściej cierpią przecież Ci najsłabsi". Taka już chyba jednak ta nasza natura.

"Pogorzelisko" to film który nie tylko powinien być polecany i rozpowszechniany wśród znajomych i przyjaciół, ale filmy tego typu powinny wchodzić do kanonu wychowania na tej samej zasadzie jak choćby  wizyta w Obozach Zagłady - ku przestrodze i pamięci. Tyle, że pamiętać należy by przy okazji  mówić, mądrze interpretować, pomagać zrozumieć, bo zmiany w sposobie widzenia świata wśród ogłupianych propagandą ludzi zaszły już za daleko i pewna perspektywa wydaje się dla niektórych zbyt abstrakcyjna. Świadczyć o tym może choćby to co udało mi się przeczytać w niektórych opiniach o tym filmie, gdzie znalazły się i takie które mówią o braku odczuwanych emocji i nudzie - O zgrozo!


piątek, 8 września 2017

Pokolenie Ja - Michael Nast



Bardzo lubię od czasu do czasu poczytać o relacji, o różnych aspektach ją wzmacniających oraz tych, które ją osłabiają, a czasem wręcz zaburzają. Michael Nast napisał książkę o tytule mocnym i prowokującym, która dotyczy pokolenia "niezdolnego do relacji". Czy rzeczywiście jest aż tak źle? Myślę, że każdy kto przeczyta ten zbiór esejów Nasta i pozwoli sobie na odrobinę refleksji i krytycyzmu odnajdzie tu momentami siebie, innym  razem swych bliskich bądź też znajomych.

"Pokolenie Ja" to pokolenie dzisiejszych 30-40 latków, które przez autora nie zostało zdiagnozowane zbyt pozytywnie. Warto jednak moim zdaniem wyzbyć się reakcji obronnych w rodzaju wyparcia ( co wedle Nasta jest jednym z podstawowych mechanizmów stosowanych przez to pokolenie by uniknąć konfrontacji z pustką duchową ) i przeanalizować to co znajduje się w tych esejach, bo diagnoza jest jak najbardziej trafna. Rozwój internetu, mediów społecznościowych, telefonia komórkowa i tworzenie sztucznych potrzeb z jednej strony usprawniły komunikację, a z drugiej znów paradoksalnie przeniosły ją z wymiaru realnego w wirtualny. Regułą stało się stawianie życia osobistego na jednym z ostatnim miejsc jeśli chodzi o listę priorytetów. Znacznie wyżej stoi rozwój zawodowy, samodoskonalenie się, eksploracja świata i wszelkiego rodzaju zainteresowania własne. Bardzo często ludzie funkcjonują na takim poziomie intensywnością jeśli chodzi o o te sfery, że na prawdziwą, bliską relację z drugą osobą zwyczajnie nie ma czasu ani wystarczającej przestrzeni. 

Inną istotną kwestią wedle Nasta jest wieczna pogoń za ideałem i niska tolerancja na wady i niedoskonałości u drugiej osoby. Społeczeństwo tworzy niedoścignione tak naprawdę wzorce zachowań i postaw w ramach relacji z drugim człowiekiem, co z kolei wiąże się z rosnącą frustracją wynikającą z pościgu za niemożliwym. Reprezentanci "pokolenia Ja" żonglują partnerami, z ogromną łatwością wchodzą i wychodzą z kolejnych relacji, z tym że bardzo rzadko mamy do czynienia z relacjami głębokimi. Szacunek do drugiego człowieka, wierność i empatia to towary deficytowe. Ludzie zamienili się w kolekcjonerów i o ile kolekcjonowanie kolejnych "lajków" może być traktowane z przymrużeniem oka, to już zaliczanie rozlicznych  partnerów seksualnych wystawia obrzydliwą laurkę dla naszych czasów. Wprost proporcjonalnie do rozwoju serwisów społecznościowych typu Facebook czy Tinder wzrasta liczba ludzkich awatarów nastawionych nie na bycie sobą lecz na nieustanną kreację. Wystudiowane pozy, sztucznie modelowany wizerunek stał się czymś zupełnie normalnym q wszystko to przyczynia się do sztuczności i pozorowanych relacji na gruncie interpersonalnym.

Wraz z tymi wszystkimi, opisanymi wyżej negatywnymi zjawiskami i wszechobecnym egocentryzmem wzrasta zastraszająco liczba osób z zaburzeniami osobowości. Najczęściej spotykane z nim to osobowości typu borderline, czyli tzw. osobowość pogranicza. Można sobie wyobrazić prawdopodobny rozwój wypadków na przestrzeni następnych lat i nie są to w żadnym wypadku optymistyczne prognozy. Czy jest w takim razie jakakolwiek szansa na opamiętanie? Ciężko będzie o zatrzymanie obecnej tendencji do której zmierza ludzkość gdyż rozwój technologiczny, mnogość sztucznie wygenerowanych potrzeb oraz tempo z jakim toczy się nasze życie nie dają nam zbyt wielu szans na autorefleksję. Tym bardziej polecam lekturę książki "Pokolenie Ja", bo podobnie jak opisywane przeze mnie swego czasu na blogu książki z serii "Wystarczająco dobrze" jest to doskonała okazja dla autodiagnozy. 

sobota, 2 września 2017

Świat sam w sobie jest piękny, ale ludzie notorycznie to piękno rujnują


Kiedy jesteśmy na miejscu we własnym domu to często nasza perspektywa jest spaczona poprzez przyzwyczajenie i rutynę, ale jeśli tylko ruszymy się gdzieś dalej i pozostawimy umysły otwarte to trudno nie skonfrontować się ze smutną prawdą, że ludzie ludziom potrafią zagotować tragiczny los. W imię czego? Wygody? Kaprysu? Nie da się chyba odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. 

Można się wściekać na rządy Pis-u i można psioczyć  a tych którzy popierają Kukiz15 czy też idealistycznie wierzą w sukces troszkę chyba jednak utopijnego Razem, ale koniec końców należy się zastanowić nad fenomenem który kieruje wyborami wyborców. Podczas gdy dwa pierwsze ugrupowania uprawiają populizm żerując na frustracji ludzi wykluczonych, tak ostatnie z ugrupowań jest według mnie taką trochę niemrawą awangardą tych z nas którzy nie są w stanie akceptować układu gdzie symboliczny 1% rości sobie prawo do większości płodów naszej planety i wytworów ludzkiej inicjatywy i pracy. 


Pomimo, że okoliczności w jakich naszły mnie opisywane tutaj refleksje nie powinny sprzyjać smutkowi, to coraz częściej zdarza mi się że na spontanicznej radości, satysfakcji z poznawania świata u boku ukochanej osoby powstaje rysa, która nie daje spokoju. Tak też jest i teraz kiedy leżąc na albańskiej plaży u boku najseksownjejszej kobiety na ziemi, wsłuchując się w szum fal i ciesząc gorącym słońcem na czystym niebie, jednocześnie nie mogę pozbyć się z głowy obrazów, które rodzą we mnie gniew. Bezdomne dzieci, które proszą o resztki że stołów nienażartych turystów, koty obdarzane pogardliwym spojrzeniem podczas gdy ucieszyły by je resztki z obfitego talerza. Tak samo do kosza trafią stosy niedojedzonego mięsa ze świątecznego stołu zamiast uratować życie noworodka z promenady w Golem, gdzie jego matka staje się dla turystów niewidoczna. Wkurwiam się na to raz poraz, lecz czuję też bezsilność bo wiem że dla wielu większym problemem jest kwestia używania wulgaryzmów niż ta cholerna nierówność. 


Albania przypomina Polskę z przed lat kilkunastu, a obawiam się że widoki rodem z późnego PRL-u, a następnie wczesnego okresu transformacji. Skrajności są tu widoczne już kilkaset metrów od hotelu. Te są coraz piękniejsze, nowsze, zyskują kolejne gwiazdki, a zatrudnieni tu pracownicy są nastawieni na zapewnianie kolejnych kaprysów swoich gości. Piękne baseny, plaże, leżaki stylizowane na egzotykę, najwymyślniejsze jedzenie jakie nam się zamarzy. Kiedy jednak ruszymy się z hotelu w innym kierunku niż na plażę wtedy oczom naszym ukaże się ubóstwo i swego rodzaju rezygnacja u miejscowej ludności, która w zastraszającej większości żyje poniżej przyzwoitego standardu. Śmieci walają się gdzie popadnie, wałęsają się bezpańskie psy i koty, a ludzie rozkładają gdzie popadnie grajdołki z czym popadnie z nadzieją na kilkadziesiąt leków. Wracając z takiego rekonesansu jedni będą zniesmaczeni bo oni chcieli zwiedzać piękne miejsca, a zobaczyli "prawdziwą Albanię" zamiast tej z folderu, inni będą obojętni, bo przecież to efekt komuny itd. itp., a jeszcze inni się zasmucą i będą współczuć. Znajdą się także i ci którzy będą chcieli coś zrobić, zmienić w swoim życiu, realnie komuś pomóc. Przecież naprawdę niewiele trzeba żeby komuś poprawić choć jeden dzień z życia. Zamiast loda, piwa, pizzy można te kilkadziesiąt leków przeznaczyć na jałmużnę, napiwek, może coś kupić dla zasady wspierając pomysłowość i kreatywność, bo tej tutaj nie brakuje. Można też podążyć wzorem bogatego właściciela hotelu wyzbyć się empatii i wyzyskiwać, żerować na tych najsłabszych. Można kaprysić, poniżać tych ludzi bo "jak to zabrakło sera przecież zapłacone??!!!" Tak naprawdę nasze drobne wybory i decyzje mogą wiele zmienić. 


Albania nie jest jakimś wielkim wyjątkiem na międzynarodowej arenie dzisiejszych czasów. Polaryzacja jest coraz bardziej wyraźna, a większość ludzi zapomina o tym czym jest empatia. Myślę jednak ze czasem do zmiany potrzeba naprawdę niewiele, poczynając od tego by oprócz rozglądania się wokół pokusić się o odrobinę autorefleksji i współodczuwania. Dzięki tym cechom nigdy nie zapomnimy, że nie są ważne tylko i wyłącznie nasze potrzeby i oczekiwania, a egocentryzm nie jest zaletą obojętnie co nam wpajano w ostatnich latach. Nie jest prawdą, że nie mamy wpływu na biedę i niedole innych ludzi, na wady systemu w którym przyszło mam żyć. Jesteśmy współodpowiedzialni za te wszystkie aberracje i wynaturzenia. Może zacznijmy od tego, że odkrywając świat nie nastawiajmy się na konsumpcję, kolekcjonowanie kolejnych atrakcji na liście, ale spróbujmy też przyjrzeć się głębiej kulturze, ludziom których tam spotkamy i problemom z którymi przyszło im żyć. Zamiast oceniać ich i klasyfikować...no właśnie sami zdecydujecie. 

czwartek, 31 sierpnia 2017

Furia - Michał Larek




Jeśli dorastałeś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych to książka Michała Larka może być dla Ciebie strzałem w dziesiątkę. Jeśli nie spełniasz tego warunku, a lubisz się czasami oddać czystej, klasycznej sensacji rodem z filmowej "Cobry" z Sylwestrem Stallone to również powinieneś sięgnąć po "Furię". Michał Larek zapoczątkował tą książką serię, która korzeniami tkwi w pierwszych filmach akcji, które dotarły do naszego kraju po upadku komuny. Jednocześnie nie skopiował tego lansowanego wtenczas stylu, ale stworzył opowieść osadzoną w polskich realiach ustrojowej transformacji.

Harry już od pierwszych stron książki daje się poznać jako bezkompromisowy śledczy, który wie jak sobie radzić z bandziorami i nie bardzo przejmuje się kodeksami kiedy przychodzi do przesłuchania klienta z którego trzeba szybko wyciągnąć potrzebne w śledztwie informacje. Jest wychowany przez poprzedni system kiedy to milicjant nie znał jakichś wyszukanych metod i traktował brutalne bicie i tortury jako klucz do złamania oporu u przestępców. Harry pomimo iż przypomina bohatera Pitbula Vegi, czy Psów Pasikowskiego czyli najogólniej rzecz biorąc wpisuje się w kanon byłych "zomowców", "esbeków" itp. roztacza wokół siebie aurę, która pozwala obdarzyć go sympatią i kibicować mu w zmaganiach z przestępczością. Pewnie bierze się to z faktu, iż nie jest on bezmyślnym wykonawcą rozkazów przełożonych, ale bardziej takim Melem Gibsonem z "Zabójczej broni" czyli odbezpieczonym granatem, który igra że wszystkimi i może wybuchnąć w każdej chwili. Harry zna miasto, bo sam często w niego chodzi, a alkohol, kobiety  ( w tym także dziwki) i ryzyko to jego narkotyki. Funkcjonuje na specjalnych prawach i jest człowiekiem od zadań specjalnych. To właśnie Harry i jego zespół zajmą się rozpracowywaniem seryjnego gwałciciela i mordercy, który grasuje w Polsce na początki lat dziewięćdziesiątych. Pikanterii tej historii dodaje fakt, iż oparta jest na prawdziwych wydarzeniach i materiałach że śledztwa, które w rzeczywistości było prowadzone przez Policję. 

Nie będę więcej pisał o samej fabule, bo nie chciałbym psuć zabawy, a nie trudno o spojlery., ale słów kilka o pozostałych bohaterach "Furii" napisać wypada, zwłaszcza że Harry z określonych powodów schodzi w pewnym momencie na dalszy plan i w miejsce legendy poznańskiej policji pojawiają się Katja, Ostry, Kowalski i inni. Katja to młoda policjantka, która zostaje przydzielona jako partnerka Harry'ego. Od początku daje się pokazać jako twarda dziewczyna i próby podważenia jej kompetencji przez kolegów po fachu oraz rozmaite przytyki w jej kierunku spotkają się z krótką i stanowczą ripostą. Na czele wydziału stoi Bury, który głównie skupia się na sprawach wizerunkowych i dla zaspokojenia swoich narcystycznych skłonności jest w stanie narazić nawet i dobro śledztwa. Policjanci z komendy wojewódzkiej w Poznaniu próbują naśladować gliniarzy z amerykańskiego kina akcji klasy B,  tandetnych seriali, a czasem rodzinnych produkcji typu "Kroll" i "Psy". 

Michał Larek umiejętnie przeplata wątki burzące krew w żyłach z tymi humorystycznymi. Znajdzie się tu miejsce zarówno dla momentów pełnych brutalności, przemocy i grozy jak i dla tych w których będziemy śmiali się z anegdot i kiwali z politowaniem głową podczas gdy policjanci z komendy wojewódzkiej będą posługiwać się angielskimi zapożyczeniami i "jarać" kinem klasy B. Poza tym wszystkim, tak jak wspominałem na początku tego tekstu "Furia" jest swego rodzaju sentymentalną podróżą do czasów kiedy oglądaliśmy filmy VHS, na ulicach królowały "maluchy" i Polonezy, a z magnetofonów rozbrzmiewały dźwięki Kata, Metallica czy choćby pierwsze płyty Kazika. Można by tak bez końca, ale po co będę pozbawiał was frajdy przeczytania o tym wszystkim samemu. Jeszcze raz gorąco polecam Wam "Furię" Michała Larka, a ja z pewnością sięgnę po kolejne części serii. 

sobota, 26 sierpnia 2017

Ja kibic - James Bannon



Praca tajniaka budzi wiele kontrowersji, przede wszystkim wątpliwe moralnie wydają się być kwestie manipulowania osobami co do których podjęte są działania tajnych funkcjonariuszy. Nie inaczej sprawa wygląda jeśli chodzi o policjantów, którzy działają pod przykrywką. Oni również przy długim okresie obcowania że swoimi celami narażają się na ryzyko zaangażowania emocjonalnego. Kiedy czyta się wspomnienia Jamesa Bannona kontrowersje te urastają do pokazanych rozmiarów i szczerze mówiąc bliżej mi do tych osób, które sprzeciwiają się takim praktykom. Mieliśmy zresztą na naszym polskim podwórku wystarczająco dużo głośnych przypadków, które dotyczyły osób ze świecznika. 

James Bannon opisuje swoją historię pracy pod przykrywką jako pseudokibic, a akcja w której brał udział pod koniec ubiegłego już stulecia miała służyć rozbiciu przestępczego środowiska jakie zebrało się przy fanklubach piłkarskich w Anglii i szerzyło postrach nie tylko w Anglii, ale i całej Europy. Bohater tej książki przybrał fałszywą tożsamość i wtopił się w grupę najniebezpieczniejszych chuliganów, którzy związani byli z klubem Millwall. Na początku podszedł do sprawy zadaniowo, ale już wkrótce miało się okazać, iż kiedy w grę wchodzi sport i ogromne emocje z nim związane, kiedy zmienia się perspektywa z jaką patrzymy na daną sytuację, to wtedy zaciera się również granica pomiędzy tym co powinniśmy, a tym co czujemy. Dla Jamesa już na samym początku sprawy przestały mieć barwy czarno-białe i miał on stanąć przed dylematem jak przeprowadzić akcję, aby jak najmniej ludzi ucierpiało. 

Grupy kibiców już od dłuższego czasu skupiają na sobie uwagę nie tylko służb porządkowych i mediów, ale stanowią obiekt zainteresowania wielu socjologów. Bierze się to z uwagi na multum powiązań i zależności jakie tworzą się w tych grupach jak również sprzeczności w podstawach osób zaangażowanych w ruch kibicowski. Osoby te wymykają się bowiem wszelkim stereotypom i uogólnieniom, wywodzą się bowiem z różnych grup społecznych, środowisk, różni ich także status społeczny i finansowy, a wspólny cel, to jest różnie pojęte dobro ukochanego klubu jest wystarczający żeby połączyć tak zróżnicowane jednostki. Pomimo nagromadzenia w tych układach sporych dawek testosteronu, agresji, a czasem i zwykłej bezmyślności, znajdzie się tutaj miejsce na empatię i postawy opiekuńcze, a czasem wręcz altruistyczne. Ten fenomen rozpatrywano już pod różnymi względami, ale czytając książkę będziemy mieli okazję popatrzeć na to wszystko od wewnątrz, co przynajmniej dla mnie było nie lada gratką. 

"Ja kibic" będzie się  pewnością podobać kibicom piłkarskim, bo bez względu na to komu kibicujecie to legendarne wyczyny chłopaków z Millwall śledzi się z wypiekami na twarzy. Momentami są to historie zabawne, czasem wywołują u czytelnika politowanie, a najczęściej niepokój bądź wręcz przerażenie. Nie można im natomiast odmówić tego, że są one zwyczajnie interesujące. Nie tylko jednak kibic piłkarski  znajdzie tu coś dla siebie, bo książkę czyta się na zasadzie pamiętnika, a jak wiemy osobiste wspomnienia zawsze stanowią gratkę dla mola książkowego. W końcu nie od dziś funkcjonuje znane powiedzenie, że najlepsze historie pisze samo życie i historia tajniaka w szeregach chuliganów z Milwall jest na to świetnym dowodem. Ten kto oglądał świetny film "Hooligans" o kibicach West Ham United, który również jest oparty na faktach, bądź kultowe już w niektórych kręgach "The Firm" z Garym Oldmanem ten nie potrzebuje dodatkowej rekomendacji do sięgnięcia po tę książkę. 

Podsumowując, "Ja kibic" to świetna książka typowo rozrywkowa, połączenie książki sportowej z kryminałem. Nie jest to żadna literatura górnych lotów, ale też do takiej nie pretenduje. Dla mnie stanowiła miły przerywnik pomiędzy bardziej wymagającymi tytułami i spełniła swoje zadanie doskonale. Polecam! 

niedziela, 20 sierpnia 2017

Sprawa Meursaulta - Kamel Daoud





To jedna z tych książek, których się nie czyta, ale się je pochłania. Język wyraża tu emocje narratora w sposób czysty, przy tym głęboki i można by rzec poetycki. Choć czytałem opinie mówiące o tym, że nie powinno czytać się powieści Kamela Daouda bez wcześniejszej lektury "Obcego" Camusa, ale niekoniecznie się z tym zgadzam. Pomimo tego, że "Sprawa Meursaulta" rzeczywiście jest odpowiedzią na słynne dzieło Camusa, to sama w sobie stanowi wartość i da się z niej czerpać, przeżywać ją i zachwycać bez znajomości "Obcego". Wiem o tym, bo wstyd się przyznać, ale ja osobiście też będę musiał ten brak nadrobić i prawdopodobnie docenić ten dialog Daoud-Camus. Tymczasem skupiłem się na innych aspektach "Sprawy Meursaulta" 

Na przykładzie historii głównego bohatera, który przeżywa śmierć swego brata Musy, mamy okazję skonfrontować się z bólem wynikającym ze straty, z trudną i skomplikowaną ludzką egzystencją, a także z odwiecznie stawianymi pytaniami o istnienie Boga. Emocje jakie towarzyszą nam podczas słuchania opowieści Haruna są bardzo intensywne co wynika pewnie z tego, że Kamel Daoud posługuje się bardzo wyszukanym, a przy tym mocnym, sugestywnym językiem. W rezultacie trudno się oderwać od książki i momentami można odnieść wrażenie, że siedzimy w barze z Harunem i poznajemy historię śmierci jego brata osobiście. A jest to historia pełna smutku i gniewu. Trudno bowiem pogodzić się ze zbrodnią, która nie tylko pozbawiła nas najbliższej osoby, ale równocześnie położyła cień na całym naszym życiu. Główny bohater domaga się przede wszystkim pamięci i prawa do imienia dla swego brata Musy, który u Camusa jest bezimiennym anonimowym Arabem. Ta anonimowa zbrodnia przyczyniła się do uciążliwego bagażu, który Harun dźwigał jeszcze długo po śmierci. Został odrzucony przez matkę, zawstydzony przez swoją społeczność, a sam obarczył się poczuciem winy. Długo w milczeniu znosił ten cały bagaż, aż w końcu  nie wytrzymał i podjął się rozliczenia z tragedią i tymi, którzy są za nią odpowiedzialni. 

Kolejny aspekt "Sprawy Meursaulta", to poza indywidualną tragedią głównego bohatera kwestia kolonializmu i wojny wyzwoleńczej, która przyniosła niepodległość Algierii. Zaszłości pomiędzy niedawnym kolonizatorem, a młodym państwem sięgają kilkadziesiąt lat wstecz. Są przepełnione gniewem, bólem, żalem i poczuciem krzywdy. Przyczyniają się do buntu, niezgody i podkreślania własnej niezależności. Algieria jako młode państwo popada w pułapkę ideałów kulturowych, kwestionuje wszystko co do tej pory funkcjonowało, zarówno te złe jak i dobre rozwiązania. W toku tych przemian wydaje się poświęcać wolność jednostki na rzecz szeroko pojętego interesu ogółu o państwa. Trochę klimat rodem z pisowskiej Polski współczesne na zasadzie albo jesteś z nami, albo przeciw nam. 

Na koniec warto wspomnieć o nihilistycznym wydźwięku książki Daouda, o świecie gdzie człowiek przeżywa własną samotność i zagubienie w obliczu przytłaczającego Boga i kosmosu. Harun popada w egzystencjalny nihilizm, odreagowując w ten sposób kolejne kryzysy i porażki w swoim życiu. Złamane w wyniku nieszczęśliwej miłości serce, bezpardonowe odrzucenie przez kobietę, śmierć brata, rozpad rodziny, a na sam koniec poczucie odrzucenia zarówno przez "swoich" jak i "obcych". Daoud tak pięknie opowiada o tym smutku, żalu, przygnębieniu i zwątpieniu, że osobiście miałem momenty wsiąkania w ten świat i zatracenia się w tym poczuciu bezsensu i bezcelowości i to pomimo, że mój rzeczywisty stan i stosunek do życia jest zgoła odmienny. Myślę że takie oddziaływanie tej książki jest wystarczającym znakiem jakości pisarstwa Kamela Daouda. To by było na tyle jeśli chodzi o o moje przemyślenia na temat "Sprawy Meursaulta" i już ostrzę sobie pazury na to co wniesie lektura "Obcego" Alberta Camusa.