czwartek, 19 kwietnia 2018

Na gigancie - Peter May



Peter May to jedno z moich literackich odkryć z przed kilku lat. Jego "Trylogia z Wyspy Lewis" to moim zdaniem majstersztyk, a autor ten udowodnił, iż jeśli chodzi o budowanie atmosfery napięcia, tajemnicy i opowiadanie historii trudno znaleźć kogoś kto dorównuje mu jeśli chodzi o literaturę gatunku i nie tylko. Jego powieści wychodzą daleko poza schemat zwykłego kryminału. Tym bardziej sięgając po "Na gigancie", która dziwnym trafem gdzieś mi umknęła pośród nowości wydawniczych, ostrzyłem sobie apetyt ma kolejną rewelacyjną historię. Czy mój apetyt został zaspokojony? O tym za chwilę.

Z literackimi fascynacjami jest trochę tak jak że smakami z dzieciństwa. Jak byśmy się nie starali i gdzie byśmy nie szukali to i tak nie jesteśmy w stanie odtworzyć smaku andruta przekładanego marmoladą czy też szynki konserwowej. To bowiem nie rzeczywisty smak, a bardziej emocje i wspomnienia z tamtymi momentami związane przyczyniły się do niezapomnianych i niepowtarzalnych smaków. Tak też było w moim przypadku w trakcie lektury "Na gigancie". Z jednej strony widziałem na okładce bliskie mi nazwisko Peter May, a z drugiej strony z biegiem upływających stron cały czas miałem poczucie, że to jednak nie to. Czy to wina książki, czy bardziej moich oczekiwań? Raczej to drugie, aczkolwiek nie do końca... 

Myślę, że powieść Petera Maya jest powieścią przyzwoitą i gdyby napisał ją ktoś inny to wtedy wymagający bądź co bądź jeśli chodzi o kryminały czytelnik byłby całkowicie usatysfakcjonowany. Intryga tocząca się dwutorowo, przeszłość zaznaczająca swe piętno na wydarzeniach kilkadziesiąt lat później, klimat lat sześćdziesiątych i wybrzmiewająca w tle muzyka rockowa to składniki, które są w stanie zagwarantować opowieść pierwszorzędnej jakości. Bohaterom też w sumie nie można wiele zarzucić gdyż są ciekawi i zróżnicowani, przyzwoicie nakreśleni. Jest jednak w przypadku tej książki coś co powoduje mój niedosyt. Po części miałem problem z tempem akcji, która moim zdaniem toczyła się jakoś tak bez przekonania i nierówno. Po części brakowało mi trochę wyrazistości jeśli chodzi o bohaterów, co powodowało, że trudno było się z nimi związać mimo że przecież nie miałem problemów z wyobrażeniem ich sobie. Największy jednak mankament stanowi fakt, że nie bardzo było wyczuwalne w tej całej historii napięcie, a to moim zdaniem naprawdę niezbędny element książki, która pretenduje do miana kryminału.

Dochodząc w końcu do sedna, pewnie można zauważyć w tej opinii iż trudno mi się było zdecydować co do jednoznacznej opinii na temat książki "Na gigancie". Z czystym sumieniem nie mogę jej jednak polecić. Może jeśli wcześniej nie mieliście kontaktu z tym autorem to jest szansa, że będziecie usatysfakcjonowani, ale jeśli już mieliście okazję sięgnąć choćby po "Trylogię z Wyspy Lewis" to raczej sobie darujcie tę pozycję. Jest duża szansa, że się zawiedziecie. Jednym słowem książka ta ujdzie, ale pewnie szybko o niej zapomnę i nadal będę tęsknić do Petera Maya, który wzruszał, straszył i intrygował w "Czarnym domu". 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Pieśń koguta - Viktor Fischl



Uwielbiam takie niby niepozorne książki, takie niby o niczym, które pod przykrywką infantylnych wręcz historii skrywają całą masę życiowych mądrości. Ogromnie cieszę się za każdym razem kiedy uda mi się na taki rarytas trafić, bo w gąszczu promocyjnej papki, wśród tzw.bestsellerów łatwo taką perełkę przegapić.

Wydawnictwo Czytelnik popełniło tę przyjemność i wydało książkę Viktora Fischla "Pieśń koguta", śledząc instagramowy profil Niespodziegadki znalazłem tę rekomendację. Już sama osoba autora rozbudza ciekawość, gdyż kiedy prześledzicie jego życiorys na Wikipedii to zauważycie, iż ten czeski prozaik i poeta żydowskiego pochodzenia to również znany i ceniony polityk, który przysłużył się zarówno Czechom jak i Izraelowi. Jego dorobek literacki zyskuje tym samym dodatkowy kontekst kiedy weźmiemy pod uwagę jego historię życiową. "Pieśń koguta" to ponoć najbardziej wartościowe z jego dzieł i doskonale widoczny jest w tym zbiorze opowiadań, a właściwie opowiastek ogromny bagaż życiowy autora. Bagaż ten z jednej strony jest bogactwem, a z drugiej strony obciążeniem, bo zebrane wraz z doświadczeniem życiowym mądrości potrafią być przekleństwem. Tak też skonstruowana jest "Pieśń koguta" gdzie odbywa się nieustanna dyskusja pomiędzy starym wiejskim lekarzem, któremu trudno jest już czerpać z życia radość, a jego alter ego w postaci koguta Pedro, który dla odmiany zdaje się dostrzegać powód do zachwytu w każdym detalu. 

Viktor Fischl pisze w taki sposób, że momentami człowiek ma wrażenie jakby usiadł w gospodzie przy piwie i słuchał swobodnych opowieści jej stałych bywalców. Perypetie doktora i koguta przedstawiane w zbiorze "Pieśń koguta" mają bowiem z jednej strony znamiona zwykłej prozy życia, a jednocześnie dotykają tematów o wymiarze egzystencjalnym. To właśnie przecież w perspektywie zbliżającej się śmierci zaczynają człowieka z zdwojoną siła nachodzić pytania o sens życia, o jego rolę w świecie, o charakter relacji z innymi ludźmi. Fischl zmusza nas także do refleksji nad tym czym jest dla nas miłość, przyjaźń czy też życiowe powołanie. Jego bohater poddaje w wątpliwość jakiś większy plan, skłania się w kierunku przypadkowości życia i tego co ono wraz ze sobą niesie. Bóg jeżeli istnieje potrafi być okrutny i bezwzględny w doświadczaniu człowieka, a jednocześnie Pedro wciąż stara się przypominać o radościach, które zachęcają nas do tego by kolejnego ranka wstać i ciągnąć swój żywot. Tak też robi niejeden z nas u może czasem rzeczywiście łatwiej skupić się na tych wszystkich przyjemnych drobiazgach zamiast zbytnio roztrząsać i analizować jakiś większy sens. Problem jednak z tym, że im jesteśmy starsi to staje się to trudniejsze i tak jak ma to miejsce u doktora czasem sił już brak i wtedy żyje się z coraz większą świadomością samotności wśród ludzi.

Pomimo, że ostatnie zdania zawarte w tej opinii mogły zabrzmieć dość pesymistycznie, to nie bójcie się tej lektury bo obok nostalgii i smutku znajdziecie tu masę humoru w najlepszym wydaniu. Tak to bowiem jest z tą czeską literaturą, że potrafi ona łączyć tematy trudne i poważne z dużym  dystansem do siebie i otaczającego świata, tak jak tylko Czesi to potrafią. Miłej lektury  

wtorek, 3 kwietnia 2018

Już mnie nie oszukasz - Harlan Coben




Swego czasu pochłaniałem kryminały Cobena i nie byłoby możliwości, bym czekał z lekturą nowej pozycji z pod jego pióra aż rok. To że się tak stało w przypadku "Już mnie nie oszukasz" wynika po części ze słabszego "Nieznajomego" jak również faktu, iż Harlan Coben do znudzenia trzyma się jednego schematu w swoich książkach. Jeśli natomiast będzie to robił tak jak w swej ostatniej książce to niech pozostanie schematyczny, bo jak się okazuje wrócił w wielkiej formie!

Bohaterka "Już mnie nie oszukasz" Maya Stern to była wojskowa, która nie dość że musiała pogodzić się z odejściem ze służby wojskowej w atmosferze skandalu to dodatkowo przyszło jej pochować w krótkim odstępie czasu dwie bliskie jej osoby. Najpierw zamordowano jej siostrę, która dodatkowo stała się ofiarą brutalnych tortur, a potem w napadzie w którym sama również uczestniczyła zastrzelony został jej mąż. Kobietę poznajemy więc w momencie kryzysu, który wydaje się być wystarczający do tego aby się już nie podnieść, z tym że Maya to wojowniczka a do tego musi szybko stanąć na nogi gdyż ma dwuletnią córkę Lily dla której jest teraz jedynym opiekunem. Kiedy Maya próbuje sprawdzić opiekunkę wynajętą do dziecka to okazuje się, iż na ukrytej kamerze pojawia się... Tu się w tym momencie zatrzymam i resztę pominę milczeniem aby nie psuć wam zabawy, ale kto już kiedyś miał do czynienia z Cobenem to pewnie się domyśla, iż od tego momentu będzie naprawdę hardcorowo.

Teorie spiskowe, rodzinne tajemnice, króliki wyciągane z kapelusza oraz akcja zmieniająca się w najbardziej nieprzewidywalnych momentach to atuty z których Harlan Coben korzysta ze sprawnością godną mistrza powieści kryminalnej. Po prostu świetnie się to czyta i żaden film kryminalny nie zastąpi tego jak ten autor obrazowo uruchamia w swej książce naszą wyobraźnię. Przy tym wszystkim jednocześnie złości jak również intryguje czytelnika, kiedy ten już wydaje się mieć całą historię poskładaną do kupy, po czym dowiaduje się że nie mógł być w większym błędzie. Bohaterowie są wprowadzani w akcję sprawnie i niemal ekspresowo, a jednocześnie mamy poczucie jakbyśmy ich znali, co z pewnością wynika ze wspomnianej przed chwilą niespotykanej chyba u nikogo umiejętności szkicowania obrazów w naszej wyobraźni jaką posiadł Coben. Postacie z początku mogą wydawać się jednowymiarowe, po czym krok po kroku pozycjonują się w ramach toczących się wydarzeń i już nie są takie jednoznaczne. Czegóż więcej oczekiwać od znakomitej powieści kryminalnej? Może zakończenia, które namiesza nam w głowach? Gwarantuje wam, iż takowe otrzymacie i chociaż pewnie znajdą się malkontenci, którzy będą narzekać, iż jest ono przekombinowane, ale jeśli tak jak ja lubicie kiedy autor prowadzi z wami grę i raz po raz puszcza do was oko to będziecie usatysfakcjonowani.

Reasumując, "Już mnie nie oszukasz" to bardzo dobra powieść, która moim zdaniem dorównuje najlepszej moim zdaniem dotąd jego książce "Nie mów nikomu", która liczy sobie już 17 lat. Jeśli nie znacie twórczości Cobena, to czym prędzej sprawdźcie czy wam się spodoba, a jeśli podobnie jak ja zmęczyliście się tym autorem gdzieś po drodze to pora dać mu kolejną szansę :) Warto! 

sobota, 31 marca 2018

W ułamku sekundy - Fatih Akin




Od dłuższego czasu czekałem na możliwość zobaczenia tego filmu, gdyż osoba Fatiha Akina w połączeniu z intrygującym wcieleniem Diane Kruger widocznym na zapowiedziach zdawały się gwarantować najwyższą jakość. Często niestety bywa, że gdy zbyt wiele sobie obiecujemy po jakimś obrazie to te oczekiwania są trudne do zaspokojenia. "W ułamku sekundy" nie zawodzi jednak ani trochę  a nawet w moim przypadku przerósł moje oczekiwania. Nie sądziłem, że będę wychodził z kina aż tak poruszony. Pewnie długo pozostanie w mojej głowie, a że musiałem coś zrobić z tymi wszystkimi emocjami to postanowiłem naskrobać co nieco tutaj.

Fatih Akin zrobił rzecz niebywałą, a mianowicie rozłożył na łopatki większość stereotypów na temat emigrantów, muzułmanów i kobiet jakie są obecnie na topie w europejskim, a właściwie światowym społeczeństwie. Zrobił to po to, aby zmienić perspektywę i zachęcić do głębszej refleksji nad źródłami przemocy, terroryzmu i frustracji. Warto zaznaczyć, iż przy tej okazji udało mu się dotknąć także innych obszarów i zrobiło się z tego kino uniwersalne, a równocześnie zamiast filozoficznego wykładu otrzymujemy znakomite kino akcji i dramat sądowy. Tym samym ogląda się to zagryzając paznokcie z napięcia, a jednocześnie człowiek ( przynajmniej ja tak miałem) próbuje poukładać sobie w głowie jak sam by się zachował postawiony w sytuacji Katji Sekerici. Kobieta ta w ułamku sekundy traci męża i syna, a odpowiedzi na pytania o to jak żyć po takim ciosie będą generować kolejne dylematy i w rezultacie przyczynią się do wyborów do których jesteśmy zdolni, kiedy zostaniemy doprowadzeni do ostateczności.

"W ułamku sekundy" nakręcone jest w tak genialny sposób, iż nie trzeba wiele aby zempatyzować się z główną bohaterką. Pewnie po części jest to zasługa świetnego scenariusza, ale i również trzeba pochwalić Diane Kruger za to, że zagrała tu moim zdaniem najlepszą rolę w życiu. Właściwie już od samego początku filmu towarzyszyły mi emocje złości, wściekłości, a jednocześnie bezsilności, bo reżyser zaraz po krótkim wstępie gdzie doświadczamy chwilowej idylli w rozdziale zatytułowanym "Rodzina" uderza zznienacka między oczy niczym sam Hitchcock. Od tego momentu już do końca seansu pozostajemy w napięciu wbici w fotel aby w samym finale zapowietrzyć się i z bałaganem w głowie opuścić kino.

Kiedy pozbędziemy się uproszczeń i skrótów myślowych to wtedy odkryjemy, iż "W ułamku sekundy" to nie jest kino o źródłach przemocy i terroryzmu, ale obraz uniwersalny który zmusza nas do refleksji nad tym jak zachowujemy się w momencie kiedy cały nasz świat zostanie postawiony na głowie. Wraz z główną bohaterką przechodzimy kolejne etapy przemiany wywołanej niewyobrażalnym kryzysem przed jakim została postawiona i kiedy już może się wydawać, iż pozbiera się ona i rozpocznie nowy rozdział w swoim życiu to Fatih Akin uświadamia nam, iż być może są tragedie po których nie można już żyć i myśleć racjonalnie. Kiedy chaos i zniszczenie zasięgnąć plon, to destrukcja wydaje się być jedynym rozwiązaniem nawet dla najbardziej miłujących harmonię. Czy można żyć kiedy ktoś pozbawi nas punktu odniesienia? Czy mamy prawo do odwetu? No i wreszcie : Czy odwet przyniesie nam swego rodzaju katharsis czy też automatycznie skażemy również siebie na unicestwienie? To tylko niektóre z pytań, które wciąż po kilku dniach od seansu znakomitego filmu Fatiha Akina nie dają mi spokoju. Ciekawy jestem przed jakimi dylematami was pozbawi obraz, który bezapelacyjnie zasłużył na Oscara. A dlaczego go nie otrzymał? To już sami będziecie wiedzieć po seansie, a ja tylko dodam że z podobnych przyczyn pominięty przez tamto grono został film "Trzy billboardy za Ebbing Missouri". 

poniedziałek, 26 marca 2018

Księga wyjścia - Mikołaj Grynberg



Czułem nieodpartą potrzebę przeczytania tej książki odkąd na Niespodziegadki ukazała się jej zapowiedź. Podczas gdy prominentne osoby w naszym kraju lobbują za rewidowaniem historii w kierunku zapominania o niewygodnych faktach z naszej przeszłości, można na szczęście liczyć na środowiska literackie. Tak było w roku 1968, tak jest i teraz kiedy to w marcu 2018 ukazało się kilka ciekawych pozycji na temat wydarzeń z przed 50 lat. Ja wybrałem książkę Mikołaja Grynberga i towarzyszyła mi ona przez ostatnie dwa tygodnie.

Wydaje się, że pół wieku to wcale nie dużo czasu, a wydarzenia ostatniego półwiecza to raczej historia najnowsza w której bezpośrednio bądź pośrednio brała udział spora część naszego społeczeństwa. Tym bardziej dziwi nietakt i ignorancja, która towarzyszyła zmianom ustawodawczym wokół IPN-u. Podczas gdy pamięć nagonki na Żydów z przed pięćdziesięciu laty powinna być ciągle żywa nasi politycy w imię własnych ambicji zachowywali się jak słoń w składzie porcelany. Tym mocniej zainteresowałem się losami tych, których antysemicka paranoja dotknęła bezpośrednio i sięgnąłem po "Księgę Wyjścia" Mikołaja Grynberga.

Bohaterowie opowieści snutej przez Grynberga to ludzie, którzy w roku 1968 byli studentami i z dnia na dzień zostali postawieni przed dylematem "zostać czy wyjechać?". Wraz z tym krytycznym wyborem musieli zrewidować kwestie związane ze swoją tożsamością, przynależnością i światem wartości, które to zostały poddane w wątpliwość poprzez gwałt systemu na jednostce. To co zrobiła Partia w 1968 było odrażające, ale jeszcze większą odrazę i zwątpienie w człowieczeństwo budzi fakt, iż tak wiele osób dało się wtedy zmanipulować. Przyznam, że sam momentami miałem ambiwalentne odczucia dotyczące polskiego podskórnego antysemityzmu, ale trudno dyskutować z faktami. Kiedy czytamy zawarte tu rozmowy to już po kilku z nich schemat staje się jasny i przejrzysty, a mianowicie kiedy zaczyna się dziać coś niepokojącego, kiedy trzeba znaleźć winnego to często właśnie Żydzi stają się kozłami ofiarnymi. Pewnie, że trzeba uważać na uogólnienia i stereotypy również w drugą stronę, bo nie każdy Polak w trakcie wydarzeń z marca 1968 okazał się antysemitą i ignorantem, ale jakkolwiek nasi politycy będą starali się przeczytać historię po swojemu, tak trudno nie znaleźć elementów wspólnych w relacjach rozmówców Mikołaja Grynberga. Do takich należą wyzwiska w rodzaju "parszywy żyd", rzucanie kamieniami w dzieci żydowskie zmierzające w niedzielę do szkoły, czy masowe ucieczki z kraju w obliczu zaszczucia i niezrozumienia ze strony "prawdziwych Polaków".

Z przykrością się śledzi wydarzenia z marca roku 1968, czasem towarzyszyły mi przy czytaniu uczucia współczucia i żalu, a momentami złość i bezsilność. Uczucia te były tym mocniejsze, im bardziej docierało do mnie iż historia poraz kolejny zatacza koło i poraz kolejny kołem ofiarnym za niedoinformowanie światowej opinii publicznej na temat roli Polski podczas II-ej wojny światowej jak również ogólnie nieciekawego obrazu naszego kraju, staje się Żyd. Mimo, że posłusznie usunął się w cień i wyemigrował do Izraela czy w inne bardziej przyjazne miejsce na świecie to o tak znów trafia na celownik tych którzy chcą sobie jego kosztem załatwić własne frustracje i zaspokoić wygórowane ambicje. Przykro, że tyle cierpienia związanego z niespełnionymi karierami naukowymi, rozdzielanymi rodzinami, zranionymi kochankami, pospiesznym exodusem, więzieniem i szkalowaniem nie nauczyło nic tego społeczeństwa, które w ogromnej części znów zadziera głowę i prezentuje chorą dumę. Szkoda, że bezduszna ustawa powstaje w pośpiechu i niweczy trud wieloletniego pojednania i dialogu. Całe szczęście, że powstają książki takie jak "Księga wyjścia" Mikołaja Grynberga. 

czwartek, 22 marca 2018

Jakbyś kamień jadła - Wojciech Tochman



Kto już miał do czynienia z reportażem autorstwa Wojciecha Tochmana tego nie trzeba przygotowywać na to co znajdzie w "Jakbyś kamień jadła", a ci dla których będzie to pierwsze spotkanie z tym autorem niech nastawią się na mocne i trudne emocje, zwłaszcza że temat wojny z zasady przecież nie jest tematem łatwym. U Tochmana paradoksalnie wzmacnia efekt jego suche przedstawianie faktów, które porażają okrucieństwem bez zbędnego tu upiększania i wzmacniania komentarzem.

Ja należę do tych, którzy zdążyli już poznać styl Wojciecha Tochmana, więc też jest mi wiadomo, iż jest on bardzo oszczędny w słowach i rozległe opisy ustępują u niego faktom rodem z telegraficznego skrótu. Przy pierwszym spotkaniu z takim reportażem możemy poczuć zaskoczenie i swoistą dezorientację, bo oczekiwało by się od reportera, że jakoś odniesie się, ustosunkuje do przedstawianych faktów, jednak z czasem zaczynamy rozumieć, iż dystans autora powoduje tym większe i szczersze zaangażowanie emocjonalne czytelnika. Tak działo się przy okazji "Schodów się nie pali", czy choćby "Eli, Eli", tak samo przeżywamy opisywaną rzeczywistość w przypadku "Jakbyś kamień jadła". Tym razem przyszło mi zmierzyć się obliczem wojny i to tej najgorszej z mozliwych, bo wojny bratobójczej, która miała miejsce w Bośni. Wojciech Tochman sprawozdaje to co zobaczył z perspektywy dr Ewy, specjalistki od identyfikacji zwłok zajmującej się ofiarami masowych mordów, które miały miejsce podczas wojny domowej. Pani doktor kompletuje ciała niczym ludzkie puzzle, aby umożliwić rodzinie pożegnanie się z bliską osobą. Kolejne zwłoki przynoszą że sobą odrębną, a jednak bardzo podobną historię gwałtu, zbrodni i nienawiści, a rodzina dokonuje swoistego katharsis i symbolicznego pożegnania.

Czytając opinie o tej książce spotkałem się z zarzutami, iż Wojciech Tochman wykorzystał chwytliwy temat i dokonał "skoku na kasę" bazując na cierpieniu ofiar wojny. Jak dla mnie jest to kompletna bzdura, zwłaszcza kiedy choć trochę pozna się poglądy i przekonania tego autora, znanego z zaangażowania społecznego i walki o tolerancję i sprawiedliwość. Nawet gdyby powstało i dziesięć razy więcej książek o Bośni i ludobójstwie w całej byłej Jugosławii to każda z nich będzie potrzebna ku przestrodze. Za każdym razem kiedy czytam tego rodzaju publikacje jak "Odłamki" Prcica, "Chwilę na miłość" Joanny Stovrag czy inne książki o tematyce wojny w tamtym regionie przeraża mnie nie tylko rozmiar cierpienia zadawanego sąsiadowi przez sąsiada, ale moją obawę przede wszystkim budzi fakt, iż historia niczego tych ludzi nie nauczyła. Piszę o" tych ludziach", ale wypadało by napisać w tym momencie "nas" obserwując wzrost nastrojów o charakterze nacjonalistycznym na całym świecie podczas gdy ciała ofiar tamtejszych zbrodni nie zdążyły jeszcze ostygnąć. 

Co wyróżnia "Jakbyś kamień jadła" pośród wszystkich tych książek o wojnie w Bośni? Mianowicie to, iż Tochman strzela prosto między oczy i skupia uwagę czytelnika od początku do samego końca swojej książki. To, że nie używa tanich chwytów żeby wzbudzić nasze emocje, ale pozwala robić to faktom. Wreszcie to, że skutecznie zakłóca nasz spokój, iż żyjemy sobie spokojnie w poczuciu, że nas to wszystko co wydarzyło się pod koniec ubiegłego wieku w europejskim kraju w niedalekim sąsiedztwie nie dotyczy. Otóż dotyczy i tak samo jak tam nikt nie przewidział dokąd doprowadzi atmosfera szczucia, zawiści i podkreślania zaszłości historycznych, tak w naszym przypadku możemy się kiedyś opamiętać za późno. Sięgajcie więc czym prędzej po książkę Wojciecha Tochmana, którą dostać wcale nie jest łatwo i funkcjonuje głównie na rynku wtórnym ( słyszałem, że ma być wznowiona). Mówcie o niej innym, bo temat jest ważny i warto czytać z szacunku dla ofiar i ku opamiętaniu, a kiedy już będziecie po lekturze to polecam dla kontrastu wspomnianą już wcześniej książkę "Chwila na miłość" Joanny Stovrag, bardziej osobistą i odmienną emocjonalne, ale równie piękną i ważną. 

wtorek, 13 marca 2018

Nielegalny - Trevor Noah



Kiedy Marcin Meller poleca książkę to trudno mi obok niej przejść obojętnie. Wprawdzie autobiografia Trevora Noah, czego się można było spodziewać, nie zrobiła u mnie takiego zamieszania jak Shantaram, ale nie zmienia to faktu, że to naprawdę bardzo dobra książka.

Przyznam szczerze, iż nie słyszałem wcześniej o tym komiksu rodem z RPA, który co wynika z Wikipedii jest bardzo popularny na świecie, ale z pewnością bardzo szybko nadrobię te zaległości. Jestem zauroczony dystansem do świata i poczuciem humoru u kogoś kto ma za sobą tak trudne doświadczenia. Sytuacja Trevora była skomplikowana już od samego narodzenia, co zdradza geneza tytułu. Otóż w RPA za czasów apartheidu związek czarnej kobiety i białego mężczyzny był nielegalny, a już sam fakt przyjścia na świat dziecka z takiego związku uderzał w porządek społeczny w tym nieludzkim systemie. Prawo prawem, zasady zasadami, ale zawsze znajdzie się ktoś kto pokaże środkowy palec i udowodni iż miłość jest silniejsza niż jakieś tam przepisy. W tym przypadku "fucka" rasizmowi pokazała matka Trevora, co niestety nie przyczyniło się do łatwego dzieciństwa, bo powiedzieć że miał pod górkę to powiedzieć zdecydowanie za mało.

Trevor Noah opisuje swoją historię życia z perspektywy osoby wiecznie niedopasowanej, gdyż z uwagi na swój kolor skóry tak naprawdę nie był akceptowany ani przez czarnych ani przez białych. Pomimo tego, że opowiada to swoje życie z dużym przymrużeniem oka i co chwila wrzuca kolejne śmieszne anegdoty to trudno nie doszukać się w tym wszystkim śmiechu przez łzy i poczucia krzywdy. Ciężko się żyje że świadomością, iż własna rodzina nie może się do Ciebie przyznać publicznie i tak naprawdę każda grupa traktuje Cię z rezerwą. Pomimo swych doświadczeń nie poddaje się on jednak i konsekwentnie realizuje swój plan by do czegoś w życiu dojść i pokazać, że może być postrzegany przez coś więcej niż tylko przez swój kolor skóry. Jak łatwo można się domyślić udaje mu się to z nawiązką, bo jego kariera umożliwia mu ostateczne pognębienie chorego i nienawistnego systemu poprzez  obnażenie jego absurdów. Trevor Noah wzbudza sympatię również ze względu na to, iż nie przegapić w drugą stronę i pokazuje iż dobry żart musi ocierać się o granicę tzw. poprawności politycznej, która czasem w niewłaściwym wydaniu dokonuje swoistego seppuku.

Język jakim pisana jest ta autobiografia jest nie tylko pełny autentyzmu i świeżości, ale jest wartki i mocno energetyczny dzięki czemu nie zauważcie nawet kiedy zbliżycie się do końca. Książkę tę człowiek więc pochłania, a nie czyta. Anegdota goni anegdotę, a pomiędzy tymi śmiesznymi wspomnieniami pojawiają się momenty naprawdę smutne i wzbudzające refleksję nad kondycją rodzaju ludzkiego. Przede wszystkim dla mnie "Nielegalny" to afirmacja przekory i hartu  ducha, które nie pozwalają człowiekowi poddać się terrorowi nienawiści i uprzedzeń. Wszystko to w dużej mierze okraszone poczuciem humoru i wcale niełatwym uczuciem do matki, której wybory nie zawsze były dobre z perspektywy Trevora, a jednak w ostateczności wybrzmiewają w duchu miłości. Taka jest cała ta książka, pełna sprzeczności i ambiwalentnych uczuć, bogata w symbole i przy tym wszystkim rozbrajająca w swej prostocie. Trevor Noah opowiada o rzeczach naprawdę trudnych, a jak na dobrego komika przystało używa jednego z największych oręży do walki ze stereotypami i rasizmem - śmiechu. Przy tym wszystkim opowiada to wszystko co przeżył w RPA ku przestrodze wszystkim tym, którzy bazują obecnie na wskrzeszaniu uśpionych demonów rasizmu tak że i niestety w naszym kraju. Zdecydowanie polecam tę książkę !