poniedziałek, 11 grudnia 2017

Każdy krok niesie pokój - Thich Nhat Hanh



Stosowanie Zen w życiu codziennym, bo o tym zgodnie z podtytułem mówi ta książka, to sprawa niezwykle trudna. Wynika to przede wszystkim z faktu, iż jako cywilizacja zachodnia wybiliśmy się już na całkiem inny poziom jeśli chodzi o konsumpcyjny model społeczeństwa i nie jest to w żadnym wypadku rzecz rodząca powody do dumy.

"Każdy krok niesie pokój" to manifest życia w zgodzie ze sobą, a co za tym idzie z otaczającym światem. Autor tej niewielkiej książki, którego życiorys nawiasem mówiąc zasługuje na osobną lekturę, w sposób minimalistyczny przedstawia nam to na co inni potrzebują tony papieru. Forma w jakiej to czyni już od początku budzi zaufanie gdyż między innymi dzięki niej to co mówi wydaje się być spójne. Skoro bowiem czytamy o szacunku do wszelkich istnień, w tym zwierząt, roślin i żywiołów, to ja osobiście mam zgrzyt jeśli inni autorzy pisząc o nadmiernej eksploatacji lasów wydają książki przegadane i napakowane często nic nie wnoszącymi ilustracjami na które poszły tony papieru. Thich Nhat Hanh dla odmiany jest spójny, logiczny i mocno przemawiała do mnie jego filozofia zawarta w tej książce. Pewnie trudno tu będzie doszukać się czegoś o czym nie wiedzielibyśmy już wcześniej, a mimo to słowa te przemawiają jak nigdy wcześniej.

Z każdym kolejnym zdaniem książki "Każdy krok niesie pokój" czułem potrzebę zmiany na lepsze. Pojawiał się u mnie w trakcie lektury spokój i swego rodzaju kojąca harmonia. Jednocześnie wraz z ogromną mądrością życiową autora przemawia skromność i pokora, a przede wszystkim brak inwazyjności w dzieleniu się swoją prawdą. Tej ostatniej umiejętności szczególnie brakuje we współczesnym świecie gdzie na porządku dziennym stało się narzucanie innym swoich poglądów w sposób wręcz przemocowy. Osobiście mam wrażenie, iż na tyle jestem przesiąknięty tym "zachodnim" sposobem myślenia, iż zaraz po lekturze mój zapał do wprowadzania zdobytej tu wiedzy w życie mija, a dotychczasowe schematy i przekonania zatrzymują mnie jeśli chodzi o zmianę nastawienia. Szkoda... a może po prostu to jeszcze nie ten czas.

Bardzo mocno polecam książkę "Każdy krok niesie pokój", bo oprócz uniwersalnego przesłania znajdziemy tu wiele prostych do zastosowania technik, które zwiększają naszą uważność na siebie, koncentrację i relaksację, a medytacja nie wydawała się nigdy taka przyziemna i przystępna. Jak pokazuje Thich Nhat Hanh wystarczy odrobina dobrej woli aby poprawić wgląd w siebie a wraz z nim relacje łączące nas że światem i zamieszkującymi go istotami. Warte zaznaczenia jest to, iż proponowane tu techniki są jak najbardziej zgodne ze standardami tradycyjnie rozumianej współczesnej psychologii. 

niedziela, 3 grudnia 2017

Socjopaci są wśród nas - Martha Stout





Z racji tego, iż z socjopatami mamy do czynienia nie od dziś i nie jest to dla nas zjawisko nowe, to pewnie książka autorstwa dr Marthy Stout nie budzi jakiegoś większego "wow". Wiele takich pozycji pojawiło się już na rynku wydawniczym, wiele opracowań socjopatii poświęcono. Mimo wszystko niniejsza książka zasługuje na uwagę, gdyż tak naprawdę dzięki jednej z historii tu zawartej udało mi się osobiście wychwycić takiego socjopatę we własnym otoczeniu. Nie twierdzę, że już wcześniej nie miałem ku temu podejrzeń, ale podczas lektury wszystko nagle zebrało się w jedną całość. Może uda się i wam?

Jak już wspomniałem na początku daleko mi od przerażenia aczkolwiek nie ukrywam, iż ciarki przechodzą mi po ciele kiedy pomyślę, że tak naprawdę średnio cztery na sto osób w moim otoczeniu mogą knuć, spiskować i działać na moją szkodę z uwagi na fakt swojego zaburzenia objawiającego się w największym uproszczeniu tzw. "brakiem sumienia". Im dłużej czyta się książkę Marthy Stout tym większy sens zdaje się mieć taki sposób widzenia socjopaty, tj. jako osoby pozbawionej sumienia. Pomimo, iż ten brak na gruncie emocjonalnym może i powinien budzić współczucie to jednak trudno o nie w momencie kiedy człowiek pomyśli ile może stracić na skutek działań socjopaty, a najgorsze w tym wszystkim jest, że nie będzie najprawdopodobniej mieć o tym pojęcia aż do samego końca. Osoby takie działają bowiem "w białych rękawiczkach" mocno dbając o pozory. Dr Martha Stout w swojej książce skupia się na tych socjopatach, którzy na skutek dużych umiejętności społecznych i umiejętności adaptacyjnych znaleźli się na znaczących stanowiskach i mimo, że niejednokrotnie przyczyniają się do cierpienia wielu ludzi, to bardzo prawdopodobne, iż nigdy nie poniosą konsekwencji swoich czynów, a co gorsza obarczą nimi niewinne jednostki.

Dodatkowym walorem książki Marthy Stout jest fakt, iż w którymś momencie dokonuje ona ciekawego zabiegu. Polega on na tym iż odchodzi od koncentracji na psychologicznym i socjologicznym aspekcie zjawiska socjopatii na rzecz rozważań o naturze filozoficznej na temat genezy i znaczenia sumienia w życiu człowiek. Przytoczone tu badania naukowe i rozmaite eksperymenty psychologiczne stanowią punkt wyjścia do dyskusji na temat odwiecznego dylematu, czy sumienie pomaga czy też przeszkadza w uzyskiwaniu jak największej satysfakcji z życia w społeczeństwie. Podczas gdy niektórym wydawać się może, iż sumienie w tej kwestii przeszkadza choćby z uwagi na niewygodne wyrzuty sumienia to w ostatecznym rozrachunku sprawa wcale nie jest taka prosta. Z jednej strony dylematy natury moralnej rzeczywiście stanowią niejednokrotnie przeszkodę w tym żeby dominować, zdobywać i budować swoją pozycję kosztem innych, słabszych jednostek, lecz z innego punktu widzenia to właśnie fakt posiadania sumienia umożliwia odczuwanie uczuć wyższych takich jak miłość, przywiązanie i empatia. Rodzi się zatem kolejne pytanie - Co tak naprawdę jest źródłem szczęścia i satysfakcji w życiu?. Czy jest to fakt posiadania jak największej pozycji, władzy nad innymi i znaczenia własnej osoby, czy też umiejętność stworzenia wartościowej, bliskiej relacji z drugim człowiekiem? Autorka nie daje jasnej odpowiedzi na ten temat, stara się nie moralizować, a jedynie zachęca do refleksji w tym temacie. Jednocześnie stawia ciekawą hipotezę odnośnie roli sumienia jako pomostu pomiędzy psychologią a szeroko rozumianą duchowością.

Różne można mieć odczucia po zakończeniu lektury książki "Socjopaci są wśród nas". Z jednej strony mało jest tutaj treści, które dla kogoś kto głębiej interesuje się tym obszarem będą stanowiły nowość, a patrząc z drugiej strony jeśli już przebrniemy przez kwestie dla nas oczywiste to znajdziemy wiele punktów widzenia, które mogą stanowić inny, świeży punkt widzenia. Takie są przynajmniej moje odczucia po przeczytaniu tej książki i szczerze ją polecam choćby z uwagi na fakt i z została napisana przez osobę kompetentną ( a różnie z tym bywa), a przede wszystkim że bardzo sobie cenię spojrzenie szerokie, czerpiące z wielu źródeł, modeli i podejść badawczych. Martha Stout tak właśnie bada zjawisko socjopatii - począwszy od kontekstu psychologicznego, poprzez kulturowy, a na duchowości i filozofii kończąc. Bardzo dobra książka, a przypadki tu przedstawione mogą skutecznie pobudzać wyobraźnię, szczególnie przypadek socjopatki, której udawało się przez długi czas pracować jako terapeuta. Jeśli wierzyć, że przypadki tu opisywane mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości i powstały na bazie doświadczeń w pracy dr Stout, a przypominają scenariusz thrillera to naprawdę trudno by książka "Socjopaci są wśród nas" nie zaintrygowała czytelnika. 

poniedziałek, 27 listopada 2017

Szpiedzy Mossadu i tajne wojny Izraela - Raviv Dan, Melman Yossi




Mówi się, że najlepsze historie pisze samo życie i ta książka jest tego najlepszym dowodem. Opisywane tu akcje pod egidą jednej z najsłynniejszych agencji wywiadowczych na świecie mogą śmiało służyć jako scenariusz dla niejednego filmu sensacyjnego co zresztą niejednokrotnie stało się faktem. Przyznam, że nie sięgnął bym po tą książkę gdyby nie fakt, iż ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarnego. Tylko ono jest w stanie zagwarantować literaturę faktu najwyższego lotu w odróżnieniu do taniej sensacji.

Państwo Izrael ma jedną z najbardziej skomplikowanych historii i jego miejsce na nowożytnej mapie Europy jest okupione krwią przelaną na polu walki, ale i nie tylko. Smutna jest bowiem droga jaką przyszło przejść narodowi żydowskiemu raz poraz dziesiątkowanemu przez nacjonalistyczne systemy i doktryny polityczne oparte na nienawiści i rozmaitych fobiach. Właśnie z uwagi na liczne rany odniesione przez Izrael jak również pełną nieufności postawę wobec jego obywateli na świecie, zrodziła się konieczność stworzenia agencji mającej zapewnić spokój i bezpieczeństwo dla każdego Żyda gdziekolwiek ten  by się znalazł.

Jak dowiemy się z tego opracowania Mosad i powiązane z nim agencje rządowe funkcjonowały nie tylko do działań prewencyjnych, ale aktywnie działały też jeśli chodzi o wyprzedzające ataki na obszarze tak naprawdę  całej kuli ziemskiej. Właśnie ten aspekt działalności Izraela na arenie międzynarodowej budził największe bodaj kontrowersje. Podczas gdy mało kto upomniał się o zbrodniarzy wojennych jak na ten przykład Eichmann, który był jednym z autorów planu ostatecznej zagłady narodu żydowskiego i którego sprowadzono na sprawiedliwy proces , to już inaczej sprawy mają się w przypadku zabójstw na "wrogach" Izraela, które miały miejsce  na terenie całej Europy. Tym większe kontrowersje rodzą się w tym przypadku gdyż te ataki niosły ze sobą przypadkowe ofiary wśród ludności cywilnej. Podobnie rzecz się ma z ofensywnym nastawieniem Izraela i agencji wywiadowczych tego państwa wobec Palestyny, Egiptu czy też Libanu. Pojawia się tu według mnie zasadne pytanie o granicę obrony i usprawiedliwienia dla przemocy. Odwieczna prawda, iż "przemoc rodzi przemoc" może i brzmi kolokwialnie, ale w przypadku państwa Izrael nabiera wymownego znaczenia.

Podsumowując,, "Szpiedzy Mossadu i tajne wojny Izraela" to książka po którą powinien sięgnąć każdy fan literatury szpiegowskiej. Znajdziemy tu wartką akcję, tajemnica goni tajemnicę, rzeczy oczywiste z początku przestają takie być w miarę rozwoju wydarzeń, q ponadto dodatkową grozę budzi fakt, iż wszystko o czym czytamy wydarzyło się naprawdę. Mało tego, takie wywiadowcze rozgrywki dzieją się co dnia i może bierzemy w nich nawet pośredni udział sami nie mając takiej świadomości :) 

niedziela, 19 listopada 2017

Mikrotyki - Paweł Sołtys




No dobra, nie będę ukrywał że Paweł Sołtys zachwycił mnie swoim zbiorem opowiadań i opinia o "Mikrotykach" będzie zdecydowanie entuzjastyczna. Jeśli więc ktoś nie ma ochoty czytać takiej opinii to lojalnie uprzedzam by nie tracił czasu. Jeśli zaś chcecie się dowiedzieć co mnie tak zachwyciło to będzie mi bardzo miło iż pochylicie się nad tą opinią.

Pomimo tego, że określenie języka jakim autor kreśli opowiadania zawarte w zbiorze "Mikrotyki" jako poetyckiego może wydawać się trochę wyświechtane to trudno mi szukać innego słowa skoro ono oddaje prawdę w sposób idealny. Zdania płyną tutaj lekko, zwinnie, a przy tym składane są w sposób niesłychanie metaforyczny i nie bardzo jest tu miejsce na konkrety i nazywanie czegokolwiek wprost. Najzwyklejszy świat, który obserwujemy na codzień i często nie zwracamy uwagi na jego piękno zyskuje jakoby całkowicie  inny wymiar w momencie kiedy opisuje go Paweł Sołtys. Przyznam szczerze, że z twórczością muzyczną Pablopavo nie miałem wiele do czynienia. Dopiero po lekturze tego zbioru opowiadań dałem mu poraz kolejny szansę i właśnie teraz doceniłem wartość jego tekstów.

Przed lekturą spotkałem się z opiniami, które mówią o tym, iż w "Mikrotykach" narrator sili się na wyszukane słownictwo i że niepotrzebnie się nadyma, wręcz popisuje, że uprawia tak zwaną sztukę dla sztuki i w rezultacie nic z tego nie wynika. Pewnie i tak jest, że każdy z nas ma inną wrażliwość i co za tym idzie inaczej przemawia do niego dana treść, ale szczerze mówiąc pojawia się we mnie jakaś wielka niezgoda na niedocenienie piękna tej narracji. Mnogość uczuć i emocji na które możemy się tutaj natknąć tak naprawdę na każdym kroku jest tyleż zauważalna co wprawiająca w zachwyt nad detalami otaczającego nas świata. Podobne wrażenia miałem przy okazji spotkania ze zbiorami opowiadań Patti Smith.

Mikrokosmos u Pawła Sołtysa zdaje się raz po raz przeistaczać w świat na skalę makro. Jak pokazuje nam skutecznie autor, właśnie te drobne szczegóły wokół nas potrafią w rozmaitych momentach naszego życia stać się całym naszym światem. Szczególnie chyba widoczne jest to w okresie naszego dorastania, co tym bardziej stawało się dla mnie namacalne, iż nakreślony przez autora kontekst zbiega się z moim. Szybko się domyśliłem, że jesteśmy niemal rówieśnikami, a okres transformacji w naszym kraju który przypadł akurat na czas wchodzenia przez nas w dorosłość był bardzo barwny i obfitujący w kontrasty. Podsumowując więc, rodzi się we mnie refleksja na ile w odbiorze przeze mnie "Mikrotyków"  miała znaczenie wzrastająca wraz z wiekiem nostalgia i związane z nią coraz częstsze powroty do wspomnień z przeszłości. Z drugiej strony to chyba nie takie aż ważne, gdyż cokolwiek dodatkowo wzmocniło moje wrażenia odnośnie niniejszego zbioru opowiadań, to zdecydowanie te niespełna 150 stron jest warte uwagi i mam nadzieję że uda mi się skusić choć kilka osób. 

poniedziałek, 6 listopada 2017

Dajcie żyć!



Dla tych którzy wymyślili konflikt pomiędzy Heloween a grobbingiem należy się Nobel z zawiści. Miałem zacząć od tego, że właśnie w okolicach listopada zaczyna się ten newralgiczny okres w roku, kiedy "mądrości" odnośnie tego co wypada albo nie, co jest polskim, a co zachodnim świętem bądź też najzwyczajniej w świecie co powinno się, a czego w żadnym wypadku nie powinno, zaczynają zyskiwać na wartości. Powtarzam, miałem tak właśnie zacząć ten tekst, ale w trakcie pisania posta dotarła do mnie smutna refleksja o której gdzieś po drodze ( mechanizm iluzji i zaprzeczania:D) zapomniałem. Otóż to co ma miejsce przy okazji 1 listopada, a później między innymi 11-ego listopada, podczas Świąt Bożego Narodzenia tak naprawdę trwa cały rok. Tendencja ogromnej części naszych rodaków do narzucania innym własnej wizji świata wzrasta w tempie wprost proporcjonalnym do populistycznych działań jedynej słusznej Partii i akompaniamencie episkopatu jako reprezentanta jedynego prawdziwego kościoła.

Człowiekowi serce się kraja kiedy obserwuje postępującą w zawrotnym tempie schizofrenię jeżeli chodzi o poglądy niektórych ludzi, kiedy to zgodność pomiędzy wartościami deklaratywnymi, a wartościami realnymi zatraca się, a mało tego ludzie tacy otwarcie przyznają się do tego, że to co w teorii niekoniecznie w praktyce. Paradoksem w tym wszystkim jest, że to faktycznie na bazie wartości chrześcijańskich zbudowano społeczeństwa pluralistyczne, otwarte i przyjazne. To właśnie z tych wartości wyrosła idea solidaryzmu społecznego i wyrównywania szans. Jakby nie patrzeć na zachodzące w społeczeństwie procesy cywilizacyjne to przed zachłyśnięciem się tymiż zdobyczami nauki i utratą ducha broniły człowieka również i te systemy wyznaniowe, które głosiły ideę miłości bliźniego i poszanowania dla drugiego człowieka. Innymi słowy właśnie między innymi te szeroko rozumiane wartości chrześcijańskie stały u źródła maksymy "Żyj i daj żyć innym". Piszę o tym w czasie przeszłym, bo już tylko nieliczni pamiętają o co tak naprawdę w tym notabene pięknym systemie ideologicznym chodziło, a cała reszta podryfowała hen daleko na wody frustracji i zawiści.

Zawiść i frustracja to uczucia, które trawią niektórych ludzi w naszym społeczeństwie tak mocno, iż nie można już dłużej radzić sobie z nimi poprzez tłumienie ich w sobie i stąd też pewnie pojawia się tendencja do wylewania tego całego jadu na innych, czy tego chcą czy nie. Czasem można nawet odnieść wrażenie, że jeśli nie chcesz w tym wszystkim uczestniczyć i znalazłeś sobie jakąś wyspę w tej przestrzeni w której czujesz się w miarę komfortowo to wspomniani ludzie znajdą sposób żeby Ci zepsuć twój spokój i sączyć ten jad w twe żyły. Dlaczego? Bo nie może Ci być lepiej niż innym! Nie i basta! Cierp człowieku razem z nami! Skoro my nie możemy być szczęśliwi to ty też nie będziesz! 

Niektórzy z nas stawiają sobie pytanie czy ta frustracja i idącą z nią w parze zawiść narodziły się tu i teraz? Otóż nie. W żadnym wypadku. One trawiły tych ludzi od lat tyle że nie dało się już psychicznie wytrzymać ciągłego hamowania potrzeb, znoszenia niepowodzeń i zakłamywania własnej rzeczywistości poprzez  ukrywanie pod dywanem mnogości problemów. Nie dało się dłużej cierpieć w samotności. W związku z tym były dwie opcje do wyboru, albo zmienić się i dążyć do poprawy jakości  swego życia, albo popsuć komfort innym aby samemu poczuć się lepiej. Niestety łatwość drugiego rozwiązania i atrakcyjność jego jest z punktu widzenia takiegoż malkontenta rozwiązaniem "lepszym" dlatego też zostaliśmy wręcz "zgwałceni" do ich stylu życia. Tym bardziej, iż taki schemat funkcjonowania nie jest już marginalizowany, bo coraz dalej nam od społeczeństwa cywilizowanego, a coraz bliżej do barbarzyńskich zwyczajów. 

Sprawa z natury jest bardzo prosta, co nie zmienia faktu że budzi mój ogromny gniew i niezgodę. Otóż ja sam byłem wychowywany w nurcie, iż sam jestem odpowiedzialny za to co złe i dobre w moim życiu, dlatego też przypisuje sobie zasługi i porażki jeśli chodzi o stopę życiową i komfort psychiczny. Nie mam też tendencji do narzucania innym tegoż stylu pod warunkiem, iż nie wiąże się to z krzywdą dla tych którzy sami nie potrafią stanąć w swej obronie. Stąd też zachęcam innych do wzięcia sprawy we własne ręce zamiast zaspokajać własną frustrację unieszczęśliwianiem innych i ściąganiem ich do swego poziomu. Jest wystarczająco dużo przestrzeni dla nas wszystkich o nie trzeba się rozpychać. Innymi słowy jeśli na ten przykład nie pasuje Ci twoja waga to cholera jasna rusz dupę, idź na siłownię, zrób coś ze sobą a nie wmawiaj innym że ich zdrowy styl życia, weganizm itp to dzieło szatana. Jeżeli nie chcesz zachowywać aktywności seksualnej to nie psuj radości z seksu innym. Jeśli nie masz motywacji czy gotowości do zmiany to cholera jasna nie hamuj innych. Nie lubisz odpoczywać, to nie zmuszaj innych do pracy ponad siły. Nie masz pasji i zainteresowań to twój problem i spokojnie zostań sobie przed tv z piwem w ręku, ale wara Ci od tych którzy czegoś chcą. Można by tak bez końca, ale niechaj dane mi będzie zakończyć skandując jeszcze raz z przytupem "Żyj swoim życiem i pozwól żyć innym tak jak tylko im się to podoba". 

poniedziałek, 30 października 2017

Śmiertelność - Christopher Hitchens



Macie tak czasem, że poznajecie twórczość jakiegoś autora i czujecie swego rodzaju braterstwo dusz? Ja w każdym razie coś takiego czuję odkąd przeczytałem pierwsze wersy "Listów do młodego kontestatora". Od tamtego czasu ilekroć sięgam po pozycje, które wyszły z pod ręki Christophera Hitchensa, mam wrażenie iż czyta on w moich myślach i daje po emocjach ile tylko się da. 

"Śmiertelność" to tak naprawdę autobiograficzna podróż po świecie umierania,  gdzie inteligentnego, kreatywnego idealistę pożera nowotwór. Choroba zabiera mu sukcesywnie możliwość nieograniczonego czerpania ze świata i komentowania otaczającej rzeczywistości, co akurat dla tego człowieka, jest jakoby stratą tym bardziej dotkliwą. Większą część swego życia był on przecież aktywny intelektualnie i słynął z tego iż żonglował językiem i kontestował świat domagając się oddania należytego miejsca w naszym życiu dla rozumu wiedzy i doświadczenia. Nie zgadzał się na ferowanie sądów opartych na krzywdzących przekonaniach, zabobonach czy wątpliwych wierzeniach  bez pokrycia w faktach. Niezbyty dowód to wartość nadrzędna w dyskursie prowadzonym przez Christophera Hitchensa, ale od rozmaitych innych myślicieli, którzy zaznaczyli się w historii odróżniał się przede wszystkim tym, iż nie interesowało go rozważanie dla samego rozważania, ale swoim słowem dążył do wyrównywania szans i często zdarzało mu się stawać w obronie tych najsłabszych, którzy przez system zostali wyrzuceni poza nawias.

"Śmiertelność" nie jest może książka zbyt obszerną i tak naprawdę w odróżnieniu od innych pozycji Hitchensa, które dane mi było czytać nie wnosi aż tak wiele pod refleksję jeżeli chodzi o konstrukcję świata w którym żyjemy. W zamian za to otrzymujemy natomiast bardzo osobistą rozprawę z absurdami i ograniczeniami ludzkiej egzystencji. Christopher Hitchens raz po raz złości się na postępującą degenerację własnego ciała, aby chwilę później uznawać własną bezsilność odnośnie tejże sytuacji. Przychodzą momenty gdy zdaje się łapać oddech i zbierać siły do walki z chorobą aby zaraz potem przyjmować z pokorą wyrok ślepego losu. Do samego końca pozostaje natomiast wierny swoim ideałom i nie szuka ukojenia w oddaniu się woli bożej. Mało tego z charakterystyczną dla siebie satysfakcją wykorzystuje naciski na własną osobę odnośnie nawrócenia i pełne nienawiści ataki ze strony "pseudochrześcijan" do tego aby obnażyć tą pełną obłudy stronę zinstytucjonalizowanych ruchów religijnych. Zyskujemy dzięki temu kolejny raz możliwość, aby podziwiać kunszt i poczucie humoru tego wielkiego myśliciela, które to nawet w obliczu agonii są na najwyższym poziomie.

Bardzo mocno polecam "Śmiertelność" Christophera Hitchensa wszystkim tym, którzy mają umysły otwarte, nieobca jest im kontestacja zastałych reguł i wartości, a także tym którzy mają ochotę poznać inny od konwencjonalnego model przeżywania choroby i zbliżającej się śmierci. Jeśli zaś wam się spodoba to koniecznie sięgnijcie po pozostałe jego książki.  

poniedziałek, 23 października 2017

Topografia pamięci - Martin Pollack


Kto lubi literaturę faktu to z pewnością zna Wydawnictwo Czarne, a co za tym idzie doskonale się już pewnie orientuje, iż wybór książek do lektury z tych wydawanych ich nakładem rzadko zdarza się być wyborem nietrafionym. "Topografia pamięci" potwierdza ten fakt doskonale i osobiście nie żałuję iż koniec końców udało mi się zabrać za tę książkę, a trochę się zbierałem.

Martin Pollack w swoich esejach snuje rozważania na temat roli pamięci w życiu człowieka, a kształtowaniu ludzkich losów, a przede wszystkim pochyla się nad jej wybiórczością i kruchością ludzkich wspomnień. Co natomiast przede wszystkim chyba pozostało mi w ramach refleksji na temat jego tekstów to kwestia jak różnica perspektyw w oglądaniu pewnych sytuacjach wpływa na fakt ich zapamiętania. Okazuje się bowiem, co pewnie nie jest jakąś nowością ale i tak uderza jeszcze mocniej z kart tej książki, że te same wydarzenia mogą zapisać się zupełnie inaczej w pamięci ich świadków, a to w zależności jaką rolę w tych wydarzeniach pełnili.

Pamięć ludzka może być naszym ogromnym sprzymierzeńcem jak również bywa zgubna, a przechowywane w niej traumy z przeszłości mogą człowieka złamać jeżeli nieumiejętnie się do nich zabieramy i bezpardonowo omijamy mechanizmy obronne, które przecież mają do spełnienia określoną funkcję i nie wzięły się u nas bez powodu. Jak ogromne są to szkody miałem okazję nieraz obserwować przy okazji swojej pracy, która często wiąże się z interpretacją wspomnień. Ludzie bywają ignorantami jeżeli o te właśnie wspomnienia chodzi, a w jaki sposób można wykorzystać pamięć, bądź też kompletnie zaprzepaścić jej dobrodziejstwa, o tym właśnie próbuje nam opowiedzieć autor "Topografii pamięci". Pewnie każdy znajdzie tu coś innego dla siebie gdyż jak się okazuje temat jest obszerny i znajdziemy tu rozmaite odniesienia począwszy od próby rozliczenia się z demonami nazizmu, a na fascynacji granicami kończąc. Może się okazać zatem, iż dla każdego ta książka będzie znaczyć coś zupełnie innego o to moim zdaniem jest jej podstawowy atut zważywszy na obrzydliwą tendencję do zawłaszczania pamięci i nadawania jej jednej, jedynej, zamkniętej i ograniczonej w swej istocie interpretacji potrzebnej tylko i wyłącznie do prowadzenia perfidnej gry polityczno-psychologicznej.

Książka Martina Pollacka pojawia się w trudnym czasie kiedy tak naprawdę mało jest miejsca na swobodną i w miarę spokojną refleksję nad historycznymi uwarunkowaniami relacji pomiędzy sąsiadami w naszej części Europy. Wydaje się momentami iż wszelkie próby inteligentnej i cywilizowanej dyskusji nad genezą tego co się między nami wydarzyło są skazane na niepowodzenie, ale może właśnie taki sposób nienarzucającej się refleksji w postaci esejów, dzielenia się wspomnieniami i doświadczeniami (zwłaszcza tymi traumatycznymi) jest metodą na przebrnięcie przez cały ten bełkot i zacietrzewienie. Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie, bo zdecydowanie nie można odmówić Pollackowi wrażliwości i wyczucia, co z uwagi na stygmat jaki nosi z uwagi na swoje pochodzenie działa na jego korzyść w obecnej rzeczywistości. Myślę, że nikogo nie trzeba uświadamiać co do tego, iż ogromną część naszego społeczeństwa cechuje raczej niska tolerancja nie tylko dla sąsiadów z zachodniej granicy a przy tym paradoksalnie coraz popularniejsze są ruchy neonazistowskie. Tym samym książka której autorem jest Austriak dokonujący rozliczenia z ojcem, który jak się okazuje w czasie wojny dokonywał pogromów na ziemiach polskich może być właśnie tym remedium jakiego potrzebujemy do tego aby oczyścić pamięć zbiorową. Ja w każdym razie ze swojej strony gorąco ją polecam!