wtorek, 20 lutego 2018

Oby Cię matka urodziła - Vedrana Rudan




Vedrana Rudan zabiera nas w swojej książce w autobiograficzną podróż dla której punktem wyjścia staje się umieranie matki. Towarzysząc jej w trakcie choroby i zmian wynikających z demencji starczej autorka dokonuje rozliczenia z własnym życiem mierząc się przy okazji z rozmaitymi mitami na temat rodzicielstwa, przebaczenia czy też bycia kobietą. Świetna jest ta książka gdyż Rudan decyduje się na szczerość o bezpośrednio kiedy mówi o nieprzepracowanych traumach z dzieciństwa jak również towarzyszących jej emocjach dotyczących z nieżyjącego ojca i matki, której towarzyszy w powolnym umieraniu i do tego przychodzi jej to robić wbrew sobie.

Pomimo faktu, że tematyka tej książki już od samego początku wydawać się może trudna i męcząca, to paradoksalnie kiedy dochodzimy do ostatniej strony ogarnia nas uczucie katharsis ( a przynajmniej tak się stało w moim przypadku). Vedrana Rudan odkłamuje rzeczywistość i podczas gdy sama pozwala sobie na odejście od konwenansów i pokazuje, że nie ma już u niej zgody na to by wbrew sobie udawać coś czego nie czuje, zachęca do tego samego czytelników. Zazwyczaj możemy przecież usłyszeć, iż ludzie w obliczu śmierci bliskich, a już tym bardziej rodziców starają się zapomnieć o tym co złe, a pamiętać tylko te dobre chwile, choćby ich było jak na lekarstwo. Przeważnie otoczenie zachęca nas do przebaczenia na zasadzie "zostaw, zapomnij, pozwól spokojnie umrzeć". Tym bardziej w naszym kraju tendencja do "dźwigania własnego ( o wszystkich innych) krzyża" jest mocno lansowana w przekonaniach społecznych. Z ulgą czytałem więc o irytacji, zniecierpliwieniu, niezgodzie narratorki na opiekowanie się i poświęcanie czasu matce, która w swojej roli rodzicielskiej najdelikatniej mówiąc się nie sprawdziła. Bardzo blisko mi było do autentycznego gniewu wobec ojca, który był krzywdzicielem i do końca nie okazywał skruchy. Mimo, że sam w stosunku do swoich rodziców odczuwam wdzięczność, to nie ma u mnie zgody na to by to uczucie rodzicom należało się z nadania. Jeżeli że swojej roli się nie wywiążą jak miało to miejsce w przypadku Vedrany to moim zdaniem powinno się ich traktować również adekwatnie do ich czynów. 

"Oby Cię matka urodziła" poza wspomnianymi kwestiami porusza jeszcze inne uniwersalne tematy ze szczególnym naciskiem na rolę kobiety i jej coraz mocniej zaznaczający się bunt wobec oczekiwań w stosunku do niej narzucanych. Kobieta w jej wydaniu nie jest męczennicą, ale przede wszystkim nie jest też świętą. Autorka postuluje o jej prawo do kojarzonego raczej z mężczyzną egoizmu, gniewu, złości i frustracji. Społeczeństwo często przyzwyczaiło się do tego, iż znosi ona wszystko co przyniesie jej los w ciszy i pokorze, z tego też względu budzą zdziwienie, a czasem nawet są potępiane kiedy upominają się o swoje choćby przy okazji słynnego już w Polsce "Czarnego protestu". Kobieta walcząca o swoje na ulicy zamiast pilnować ciepła domowego ogniska? Otóż jak pokazuje Vedrana Rudan  czasy się zmieniają i słusznie kobiety zaczynają nie tylko domagać się równego traktowania, ale i chcą mieć prawo do wyrażania swych opinii za pomocą tych samych, często bezkompromisowych środków wyrazu i całkiem dobrze (jak dla mnie) prezentują się w tym wydaniu. Vedrana Rudan nie bawi się w jakieś wyszukane opisy, nie ukrywa tego co siedzi jej w głowie i w sercu poprzez zakamuflowane środki literackie. Jej przekaz jest prosty, treściwe, a przy tym dobitny, co w dobie dzisiejszej literatury  stało się towarem na wagę złota. Pewnie nie do każdego ten styl przemówi, ale z pewnością zasługuje na uwagę. Tak jak na uwagę zasługuje głos współczesnych kobiet, które nie chcą być pokorne i ułożone pod męską wizję świata, a co najważniejsze nie duszą tej niezgody w sobie, a coraz odważnej manifestują ją na zewnątrz. Nie tylko nie zgadzają się na przemoc, ale prezentują gotowość przeciwstawiania się jej i piętnowania takich zachowań przy użyciu wszelkich możliwych środków. Było by jeszcze długo pisać o tym co znajdziecie w "Oby Cię matka urodziła", ale wtedy pozbawił bym was frajdy z lektury. Na mnie zrobiła ona takie wrażenie, iż z pewnością nie poprzestanę tylko na tej  książce i mam już w planach przede wszystkim głośny debiut Vedrany Rudan pod tytułem  "Ucho, gardło, nóż". 

niedziela, 18 lutego 2018

Świństwo (Truizmy) - Marie Darrieussecq




Już sam opis książki Marie Darrieussecq nie pozostawił mi złudzeń co do tego, iż obok niej nie będę potrafił przejść obojętnie. Lubię sięgać po takie pozycje, gdyż z reguły po lekturze jestem zadowolony i mam poczucie, że rozumiem więcej, a to przecież właśnie o to przede wszystkim chodzi w czytaniu, aby poszerzać horyzonty. Książki pozwalają nam ciągle zmieniać perspektywę oraz dowiadywać się czegoś więcej o otaczającym świecie i o ludziach w nim żyjących. Wiem, że to co tutaj piszę to w sumie oczywistość, ale z drugiej strony ma się momentami wrażenie, że niektórzy zapominają o tej roli książek. 

"Świństwo" to opowieść o kobiecie, którą już na samym początku poznajemy jako osobę bardzo naiwną i bierną. Pozwala się wykorzystywać i nadużywać w świecie zdominowanym przez mężczyzn, którzy nie widzą nic złego w przedmiotowym traktowaniu kobiet. Nasza bohaterka wchodzi w dorosłość i zostaje zatrudniona w sklepie, gdzie najkrócej mówiąc ma za zadanie robić wszystko aby klient był zadowolony. Po pewnym czasie do zadowolonych klientów będą należeć jedynie mężczyźni, a to z uwagi na fakt,  iż kobieta zacznie się prostytuować aby zaspokoić wszelkie ich zachcianki. Dopóki pokornie gra powierzoną jej rolę wszystko jest w porządku, ale kiedy tylko pozwala sobie na to, żeby w tym wszystkim sama poszukać choć odrobiny przyjemności dla siebie i przejąć inicjatywę, wtedy fakt posiadania przez nią indywidualnych potrzeb zostaje uznany za coś niedopuszczalne i zasługują ego na potępienie. W rezultacie raz po raz doprowadzać to będzie do jej upadku i wyrzucenia poza ludzki (męski) nawias.

Nie często zdarza mi się opisywać treść jakiejś książki, a to że pozwoliłem sobie na to tym razem jest jak najbardziej zamierzone i wynika z faktu, iż nie można zinterpretować powieści Marie Darrieussecq w sposób jednoznaczny z uwagi na jej daleką od realizmu i pełną symboli treść. W związku z tym dzieląc się z wami swoją interpretacją nie zabiorę nikomu możliwości do zinterpretowania jej na swój własny sposób, ze swojej osobistej i indywidualnej perspektywy, wedle swego świata wartości i systemu pojmowania otaczającego świata. Swoją drogą bardzo ciekawi mnie jak tą książkę odbierają i co o niej myślą szczególnie kobiety, bo to przecież powieść ważna dla feminizmu, choć przyznam szczerze, że zarówno książka jak i sama autorka były mi do tej pory kompletnie nieznane. Wydaje się to być kolejnym argumentem przemawiającym za tym, iż feministki mają masę konkretnych argumentów aby kontestować konstrukcję społeczeństwa, która spycha kobietę i jej perspektywę na dalszy plan.

"Świństwo" pomimo tego że naprawdę nie jest książką łatwą w odbiorze i może momentami zniechęcać nie tylko przez to o czym, ale też w jaki sposób o tym traktuje, to (może właśnie dzięki temu) zrobiła na mnie  bardzo duże wrażenie. Nie będę tu udawał, że to o czym traktuje jest dla mnie w pełni zrozumiałe, bo tak jak wcześniej wspominałem chętnie wgryzł bym się w temat głębiej, ale mimo wszystko podczas jej lektury człowiek trochę jakby wbrew sobie i na przekór oporowi daje się wciągnąć w opowieść Marie Darrieussecq. Im bardziej przez swoje opisy autorka odstręcza i prowokuje tym bardziej miałem ochotę zobaczyć jak skończy się ta opowieść. Dominującym uczuciem jakie bije z kart "Świństwa" jest dla mnie bezsilność, która powoduje, że bohaterka wciąż pozwala na wyrządzane jej krzywdy, a że nie ma pomysłu na to że mogłaby się przeciwstawić, tak postanawia się pozbyć cielesności, która stała się przyczyną jej cierpienia i dlatego też przeistacza się powoli w świnię. A jak wy tą książkę rozumiecie? Polecam sięgnąć po "Świństwo" każdemu kto nie boi się eksperymentów i z chęcią poczytam co o niej sądzicie. 

sobota, 10 lutego 2018

Kielonek - Alain Mabanckou



Alain Mabanckou to autor w przypadku którego określenie "oryginalny" nabiera nowego znaczenia. Ten kto zetknie się z jego twórczością z pewnością nie pozostanie na nią obojętny, albo kompletnie w niej odpłynie, albo będzie miał poczucie, że to co ma przed oczami jest zupełnie  bez sensu. Ja należę do tej pierwszej grupy i ogromnie jestem wdzięczny Wydawnictwu Karakter i dziewczynom z bloga Niespodziegadki za to, że miałem okazję poznać jego twórczość, gdyż sam mam się za pozytywnego wariata, a jak wiadomo ciągnie swój do swego. Od czasu lektury "Papryczki" wiefzialem, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie. 

"Kielonek" to pełna chaosu, temperamentu, a przede wszystkim poczucia humoru opowieść bywalca knajpy "Śmierć kredytom", którego swego czasu właściciel tegoż lokalu poprosił o spisywanie tego co ten uzna za stosowne. Treści, które stanowić będą o sile jego dzieła podane mu zostaną właściwie na tacy, gdyż kiedy tylko wieść o powstającej książce się rozniesie to ludzie sami zaczną się do niego zgłaszać i narzucać się ze swoimi opowieściami. Jako, że  zdaniem Kielonka życie to jeden wielki bałagan tak forma w jakiej spisuje on zasłyszane historie praktycznie nie trzyma się żadnych zasad, a tym bardziej zasad interpunkcji, gdyż kolejne zdania nie zasłużyły nawet na kropki. Całość to tak naprawdę jeden wielki strumień myśli oddzielnych jedynie przecinkami, od czasu do czasu znajdziemy tu też cudzysłów. Forma zastosowana tu przez Mabanckou powoduje, że niektórym może być trudno przyswajać książkę. Takie też głosy znalazłem w sieci i choć jestem w stanie je zrozumieć to dla mnie ten sposób narracji nie stanowił żadnego problemu, a wręcz mnie zauroczył. Chłonąłem te jego opowieści niczym gąbka raz po raz zaśmiewając się i chyląc czoła przed kunsztem autora, który z taką wyprawą żongluje tu słowami. Sposób w jaki Alain Mabanckou to czyni powoduje, że nawet wulgaryzmy i opisy tych najbardziej intymnych czynności fizjologicznych nie powodują dyskomfortu u czytelnika.

Bohaterami Kielonka są ludzie, którzy przez niektórych zostaną pewnie odebrani jako zepchnięci na margines i pozostawieni przez system na pastwę losu, a z drugiej strony można ich sposób na życie widzieć jako swego rodzaju  symbol niezgody na utarte konwenanse i zasady regulujące co w społeczeństwie człowiekowi wolno, a czego nie. Szczególnie osoba narratora stanowi jak dla mnie taki wyraz buntu Alaina Mabanckou przeciwko tradycji, stylowi życia, zasadom interpunkcji, a przede wszystkim ogólnie narzucanej przez standardy i przekonania roli literatury. Tak jak Kielonek idzie pod prąd i walczy z tymi, którzy próbują mu narzucić sposób w jaki powinien przedstawiać zasłyszane historie, tak też Mabanckou w swoich książkach mocno opowiada się za prawdą, która często sama się obroni i mimo że wszelkiej maści eksperci i znawcy literatury mogą sądzić inaczej to ja opowiadam się za takim właśnie pomysłem na literaturę. Jeśli również brak wam pokory i nie lubicie chodzić utartymi ścieżkami, a jeszcze nie dało wam było spotkać się z twórczością Alaina Mabanckou to myślę, że powinniście dać mu szansę. 

środa, 7 lutego 2018

Annapurna - Maurice Herzog




Przyznam szczerze, że lektura tej książki to wynik ostatnich wydarzeń związanych z Nanga Parbat i Tomkiem Mackiewiczem o których głośno było na całym świecie. Kiedy śledziłem przebieg tych wydarzeń, to ciągle nie dawała mi spokoju myśl co takiego jest w tym sporcie, że człowiek jest w stanie aż tyle zaryzykować. Liczyłem na to, że "Annapurna" pozwoli mi przynajmniej po części zaspokoić moją ciekawość. Czy tak się stało? O tym poniżej.

Z początku Maurice Herzog ma niewiele do zaproponowania komuś kto kompletnie nie jest zaznajomiony z wyprawami wysokogórskimi, gdyż opisane tu przygotowania, ustalanie taktyki, rekonesans i temu podobne to pewnie gratka dla prawdziwych znawców. Ja w tych momentach przyznam szczerze zaczynałem się obawiać, że w tej książce nie odnajdę jednak tego na co liczyłem. Wszystko zaczyna się zmieniać w momencie podjęcia ataku na szczyt i kiedy dochodzi do jego zdobycia to sposób przedstawienia emocji jakie towarzyszą Herzogowi potrafi pobudzić wyobraźnię. Na tym jednak nie koniec, bo tak naprawdę z prawdziwym studium psychiki wspinacza wysokogórskiego mamy do czynienia w momencie zejścia, a że góra dopiero wtedy pokaże swą potęgę i związane z nią okrucieństwo to możemy dowiedzieć się aż nadto jeśli chodzi o motywację Herzoga i jemu podobnych. 

"Annapurna" mimo tego, że opisuje wydarzenia z przed ponad pół wieku, bo do pierwszego zdobycia tego szczytu doszło w 1950 roku jest nadal aktualna, kiedy śledzimy kulisy tragedii na Nanga Parbat. Walka z samym sobą i ludzkimi ograniczeniami w obliczu bezlitosnej, a poprzez to równie pięknej natury, prawdziwy tygiel rozmaitych emocji i dylematów człowieka, który nagle znajduje się w obliczu śmierci to jak się okazuje temat pełny analogizmów kiedy patrzymy na Herzoga i Mackiewicza. Mimo, że obecnie znajdujemy się w roku 2018, kiedy jak to się okazuje pomimo rozwoju techniki i wzrostu możliwości człowieka jako gatunku nie wnosi wiele więcej jeżeli chodzi o szanse człowieka w starciu z ośmiotysięcznikiem. Odmrożenia, warunki pogodowe, poczucie osamotnienia są odczuwalne bardzo podobnie, a sukces od klęski dzieli naprawdę niewiele i pomimo naprawdę dramatycznych opisów tego co stało się w trakcie zejścia że szczytu Annapurny to warto sięgnąć po tę książkę, bo spełnia swoją rolę i daje do myślenia.

Po lekturze Annapurny z pewnością nie mam wszelkich odpowiedzi na pytania rodzące się w mojej głowie, ale też głupotą było by się tego spodziewać nawet z najlepszych opisów wysokogórskich wypraw. Poszerzyło się natomiast spektrum tego co dzieje się w głowie człowieka postanawiającego zmierzyć się z potęgą natury i wzrasta mój szacunek dla niej samej. Myślę, że tak naprawdę żaden z nas nigdy nie dowie się całej prawdy o motywach, dylematach i emocjach które pchają takiego Mackiewicza czy Herzoga na szczyty górskie i popycha do takiego ryzyka i poświęceń. Musielibyśmy zdecydować się na taki sam deal, a pewnie tego nie zrobimy dlatego też moim zdaniem możemy zrobić inną rzecz, a mianowicie uszanować prawo każdego człowieka do przeżywania siebie i świata po swojemu, na własnych zasadach i w ramach indywidualnego świata wartości. Lektura takiej "Annapurny" pomoże w tym zdecydowanie bardziej niż bezmyślne klepanie komentarzy z perspektywy ciepłej domowej kanapy. 

wtorek, 30 stycznia 2018

Miasto ślepców - Jose Saramago



Przez "Miasto ślepców" człowiek jakby płynie. Nie jest to jednak szybkie poruszanie się wraz z prądem, ale pokonywanie oporu wody raz poraz walcząc z utratą sił. Przyznam szczerze, że w trakcie lektury przyszło mi kilka razy odłożyć książkę bo budził się mój bunt przeciw kondycji ludzkości, ale zaraz potem zwyciężała ciekawość, czy aby jednak nie ma dla nas nadziei.

Książka Jose Saramago pokazuje nam to o czym notorycznie zapominamy i paradoksalnie jesteśmy w stanie tę prawdę zobaczyć dopiero w momencie kiedy stracimy wzrok. To właśnie oczy, którymi zostaliśmy obdarzeni po to by sięgać przed siebie i poznawać świat tak naprawdę sprawiają, że przestaliśmy dostrzegać to co najważniejsze. Oczywiście utrata jednego z podstawowych zmysłów umożliwiającego poruszanie się poprzez człowieka po świecie stanowi tylko symbol, który dla każdego z nas może oznaczać coś zupełnie innego. Dla mnie osobiście Saramago zwraca naszą uwagę na to, iż jako rodzaj ludzki zagubiliśmy wraz ze wzrostem percepcji swój instynkt samozachowawczy, a większa świadomość otaczającego świata przestała iść w parze ze świadomością samego siebie i refleksyjnoscią. Gdzieś w całym tym pędzie za poznaniem, za zawłaszczaniem tego co zostało nam dane w użytkowanie zapomnieliśmy o tym co tak naprawdę ważne i przestaliśmy zwracać uwagę na to co znajduje się tuż przed naszymi oczami. Portugalski noblista w swojej książce pokazuje nam co może się stać jeśli tenże wzrok zostanie nam odebrany i będziemy zmuszeni skorzystać z pozostałych zmysłów jednak co najważniejsze przyjdzie nam przystanąć i zastanowić się nad sensem naszego życia.

Tak jak wspominałem na początku mojej opinii "Miasto ślepców" nie jest książką którą czyta się łatwo, ale tylko po części wynika to z faktu, iż została napisana w dość specyficzny sposób, gdzie już na początku zwraca uwagę fakt braku dialogów, które tak naprawdę w tekście są tyle że jakby ukryte w gąszczu narracji. Nie mamy tu też tradycyjnego podziału na rozdziały, choć w trakcie lektury zorientujemy się iż takowy podział jest tyle, że Jose Saramago robi to w sposób bardziej subtelny. Początkowa trudność w odbiorze tej książki wynika jednak moim zdaniem przede wszystkim z faktu, iż autor zmusza nas ciągle do konfrontacji ze sobą, z własnym stosunkiem do życia, ludzi, otaczającego świata. Nie pozwala nam przebrnąć przez te kilkaset stron bez refleksji, a mogliśmy się do tego przyzwyczaić, że obecna popkultura stwarza nam możliwość parcia do przodu w sposób bezmyślny i często uwłaczający temu do czego zostaliśmy predysponowani jako istoty myślące. W pewnym momencie, jeżeli wcześniej nie zrezygnujemy i nie odłożymy tej książki to przyzwyczaimy się do myślenia i wtedy docenimy wartość "Miasta ślepców"

Powieść Jose Saramago miałem okazję przeczytać nieraz, ale jakoś zawsze rezygnowałem, gdyż miałem świadomość, iż nie będzie to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Moje podejście w tej kwestii jest typowe z uwagi na to do czego zdążyliśmy się jako ludzie przyzwyczaić. Często wybieramy wygodę, święty spokój i różnej maści zagłuszacze świadomości, aby uciec przed tym co trudne, ale zarazem prawdziwe w życiu. Czasem, aby się skontaktować ze sobą i jakością własnego życia potrzeba kryzysu takiego jak choćby ten przed którym postawił swoich bohaterów Jose Saramago, a czasem wystarczy naprawdę dobra książka, za którą "Miasto ślepców" zdecydowanie należy uznać. Polecam! 

środa, 24 stycznia 2018

Intrygantki - Eric-Emmanuel Schmitt


i

Eric-Emmanuel Schmitt jest znany szerszemu gronu czytelników jako autor książki "Oskar i Pani Róża". Ja nie miałem dotąd do czynienia z tym autorem, a zdecydowałem się sięgnąć po ten zbiór z uwagi na drugi w kolejności utwór pod tytułem "Gość". Już na samym początku zaskoczyła mnie forma bo zamiar spodziewanej prozy zastałem formę raczej mało popularną i stanowiąca ponoć w przypadku Schmitta swego rodzaju eksperyment, to znaczy dramat.

Zastosowana w "Intrygantkach" forma nie przypadkiem jest raczej rzadkością jeśli chodzi o literaturę jako że jest trudno przyswajalna, przynajmniej jeśli chodzi o moją osobę. Mimo tych trudności w odbiorze warto sięgnąć po tą książkę z uwagi na to, że zebrane tu utwory dają dużo myślenia na temat miejsca człowieka w świecie i jego relacji z nim. Pewnie każdy czytelnik będzie miał inne przemyślenia po lekturze i wyciągnie osobiste wnioski, aczkolwiek warte zaznaczenia jest że trudno potraktować to co tu znajdziemy powierzchownie. Już sam dobór bohaterów poszczególnych sztuk wpływa na wyobraźnię. Spotykamy tu pośród całej gamy postaci między innymi Don Juana i Freuda. Nie będę tu pisał o tym w jakiej konstelacji się pojawiają i jak potoczą się ich losy bo niestety jest zbyt wiele interpretacji na które w międzyczasie trafiłem w opiniach o "Intrygantkach". Napiszę natomiast po krótce o tym z czym mnie zostawił autor po lekturze.

Przechodząc do sedna, Eric-Emmanuel Schmitt utwierdził mnie jeszcze bardziej w moich wywrotowych zapędach jeśli chodzi o nieomylność wielkich umysłów w tworzeniu swoich teorii. Tak właśnie dzieje się z Freudem i jego psychoanalizą, który  "wysiada" , traci rezon i momentami zachowuje się jak bezradnie dziecko, kiedy traci kontrolę nad sytuacją i pozwala przejąć inicjatywę tajemniczemu gościowi. To co do tej pory wydawało się tak bardzo logiczne i nie do podważenia nagle staje się pełną niepewności, wypaczeń i osobistych deficytów zapchanych teorią aby w ten sposób sztucznie pozbyć się lęku i cierpienia. Nie inaczej dzieje się w przypadku stereotypowego postrzegania ludzi w relacjach interpersonalnych. Pozory mogą mylić a rozum, który w przypadku takiego Freuda jest nadmiarowy, tak w historii z Don Juanem i niewiastami aż prosi się o zrównoważenie dla stojących na drugim biegunie "porywów serca". Ani emocje ani rozum nie są w stanie funkcjonować jedno bez drugiego i tak naprawdę zasada złotego środka nabiera tu jeszcze mocniej znaczenia. Ponadto, po lekturze "Intrygantek" człowiek nabiera dystansu do tego czym jest karmiony od dziecka, do schematów, praw oczywistych, systemów i reguł, które tak naprawdę chronią przed światem i relacją z drugim człowiekiem. Są wytworem ludzi uciekających przed życiem w świat bądź to uniesień emocjonalnych, bądź intelektualnych, suchych rozważań. 

Eric-Emmanuel Schmitt  z pewnością nie trafi do każdego ze swoimi rozważeniami natury filozoficznej, ale przecież trudno oczekiwać od filozofii, że będzie łatwa i przyjemna. Ona wręcz musi być ciężka i niejednoznaczna, budząca często opór i ból głowy, ale jeżeli należycie do tych którzy nie idą na łatwiznę to polecam sięgnąć po tego autora, bo może to być fajne doświadczenie. Ja z pewnością dam mu jeszcze szansę i w swoim czasie napiszę o tym kilka słów. 

niedziela, 21 stycznia 2018

Jak przestałem kochać design - Marcin Wicha


"Książka o design - chyba raczej nie dla mnie" - to główna myśl, która pojawiała się w mojej głowie w trakcie styczności z tą okładką, która zaczepiała mnie swą oryginalnością i prostotą będąc mocno obecną na blogach książkowych, profilach instagramowych itd. Ta przepełniona schematyzmem myśl powstrzymywała mnie przez tyle czasu, aby po nią nie sięgnąć. Skusiłem się szczerze mówiąc dopiero teraz z uwagi na Paszport Polityki dla Marcina Wichy za jego kolejną książkę "Rzeczy, których nie wyrzuciłem".

Pierwszą refleksją po lekturze jest to, iż tak naprawdę nie do końca miałem pojęcie o tym czym w ogóle jest design. Myślę, że problem ten dotyczy większości z nas i często rozumiemy to pojęcie zupełnie inaczej niż można by było tego oczekiwać. Zrozumienie społecznej funkcji i roli projektowania dla życia społecznego to pierwsza z korzyści po lekturze książki Marcina Wichy. Przede wszystkim jednak warto podkreślić, iż design stanowi jedynie punkt wyjścia do snucia przez autora refleksji na inne tematy dotyczące chociażby relacji rodzinnych, naszych przywar narodowych i innych tematów sprawiając tym samym, że mamy do czynienia ze znakomitą literaturą obyczajową (nie mylić z literaturą romansidłową ). Jednym słowem książka "Jak przestałem kochać design" to zbiór esejów, które przeniknięte są pełnymi humoru obserwacjami o charakterze jak najbardziej socjologicznym.

U każdego co jakiś czas przychodzą kryzysy, które sprawiają iż sięgamy w głąb siebie i dokonujemy podsumowań naszego dotychczasowego życia . Dla Marcina Wichy najwyraźniej momentami zwrotnymi są śmierć ojca i matki ( "Rzeczy, których nie wyrzuciłem"). Fakt ten dodaje specyficzny odcień nostalgii dla wspomnień odnośnie roli rozmaitych obrazów w nabieraniu tożsamości i funkcjonowania w rozmaitych rolach. Wraz z nim mamy okazję przyjrzeć się tejże roli w naszym życiu bo to co na codzień najzwyczajniej nam unika w tej gigantycznej mozaice rozmaitych form o kształtów, dzięki esejom autora "Jak przestałem kochać design" zdaje się nabierać innego sensu i zmienia ewidentnie sposób postrzegania przez nas rzeczywistości. 

Znakomicie się czyta książkę Marcina Wichy i z pewnością sięgnę też po kolejną, nagrodzoną Paszportem Polityki "Rzeczy których nie wyrzuciłem". Od jakiegoś czasu zauważyłem dziwny trend, opisywany już tutaj przeze mnie kiedyś, do wydawania książek - cegieł, które to tomiszcza są często moim zdaniem przegadane, przeintelektualizowane, sztucznie przepełnione treścią. Tworzy się jednak też przeciwwaga w postaci książek mniej obszernych, a przekonywujących niemal w każdym zdaniu. Tak właśnie moim zdaniem jest z Marcinem Wichą, który dużo może "nie gada", ale za to jak! Gorąco polecam!