niedziela, 20 sierpnia 2017

Sprawa Meursaulta - Kamel Daoud





To jedna z tych książek, których się nie czyta, ale się je pochłania. Język wyraża tu emocje narratora w sposób czysty, przy tym głęboki i można by rzec poetycki. Choć czytałem opinie mówiące o tym, że nie powinno czytać się powieści Kamela Daouda bez wcześniejszej lektury "Obcego" Camusa, ale niekoniecznie się z tym zgadzam. Pomimo tego, że "Sprawa Meursaulta" rzeczywiście jest odpowiedzią na słynne dzieło Camusa, to sama w sobie stanowi wartość i da się z niej czerpać, przeżywać ją i zachwycać bez znajomości "Obcego". Wiem o tym, bo wstyd się przyznać, ale ja osobiście też będę musiał ten brak nadrobić i prawdopodobnie docenić ten dialog Daoud-Camus. Tymczasem skupiłem się na innych aspektach "Sprawy Meursaulta" 

Na przykładzie historii głównego bohatera, który przeżywa śmierć swego brata Musy, mamy okazję skonfrontować się z bólem wynikającym ze straty, z trudną i skomplikowaną ludzką egzystencją, a także z odwiecznie stawianymi pytaniami o istnienie Boga. Emocje jakie towarzyszą nam podczas słuchania opowieści Haruna są bardzo intensywne co wynika pewnie z tego, że Kamel Daoud posługuje się bardzo wyszukanym, a przy tym mocnym, sugestywnym językiem. W rezultacie trudno się oderwać od książki i momentami można odnieść wrażenie, że siedzimy w barze z Harunem i poznajemy historię śmierci jego brata osobiście. A jest to historia pełna smutku i gniewu. Trudno bowiem pogodzić się ze zbrodnią, która nie tylko pozbawiła nas najbliższej osoby, ale równocześnie położyła cień na całym naszym życiu. Główny bohater domaga się przede wszystkim pamięci i prawa do imienia dla swego brata Musy, który u Camusa jest bezimiennym anonimowym Arabem. Ta anonimowa zbrodnia przyczyniła się do uciążliwego bagażu, który Harun dźwigał jeszcze długo po śmierci. Został odrzucony przez matkę, zawstydzony przez swoją społeczność, a sam obarczył się poczuciem winy. Długo w milczeniu znosił ten cały bagaż, aż w końcu  nie wytrzymał i podjął się rozliczenia z tragedią i tymi, którzy są za nią odpowiedzialni. 

Kolejny aspekt "Sprawy Meursaulta", to poza indywidualną tragedią głównego bohatera kwestia kolonializmu i wojny wyzwoleńczej, która przyniosła niepodległość Algierii. Zaszłości pomiędzy niedawnym kolonizatorem, a młodym państwem sięgają kilkadziesiąt lat wstecz. Są przepełnione gniewem, bólem, żalem i poczuciem krzywdy. Przyczyniają się do buntu, niezgody i podkreślania własnej niezależności. Algieria jako młode państwo popada w pułapkę ideałów kulturowych, kwestionuje wszystko co do tej pory funkcjonowało, zarówno te złe jak i dobre rozwiązania. W toku tych przemian wydaje się poświęcać wolność jednostki na rzecz szeroko pojętego interesu ogółu o państwa. Trochę klimat rodem z pisowskiej Polski współczesne na zasadzie albo jesteś z nami, albo przeciw nam. 

Na koniec warto wspomnieć o nihilistycznym wydźwięku książki Daouda, o świecie gdzie człowiek przeżywa własną samotność i zagubienie w obliczu przytłaczającego Boga i kosmosu. Harun popada w egzystencjalny nihilizm, odreagowując w ten sposób kolejne kryzysy i porażki w swoim życiu. Złamane w wyniku nieszczęśliwej miłości serce, bezpardonowe odrzucenie przez kobietę, śmierć brata, rozpad rodziny, a na sam koniec poczucie odrzucenia zarówno przez "swoich" jak i "obcych". Daoud tak pięknie opowiada o tym smutku, żalu, przygnębieniu i zwątpieniu, że osobiście miałem momenty wsiąkania w ten świat i zatracenia się w tym poczuciu bezsensu i bezcelowości i to pomimo, że mój rzeczywisty stan i stosunek do życia jest zgoła odmienny. Myślę że takie oddziaływanie tej książki jest wystarczającym znakiem jakości pisarstwa Kamela Daouda. To by było na tyle jeśli chodzi o o moje przemyślenia na temat "Sprawy Meursaulta" i już ostrzę sobie pazury na to co wniesie lektura "Obcego" Alberta Camusa. 

sobota, 19 sierpnia 2017

Słowik - Kristin Hannah




Są takie książki, które aż się proszą o to żeby je czytać od deski do deski bez robienia sobie przerw na takie przyziemne sprawy jak spanie, jedzenie czy toaleta. "Słowik" Kristin Hannah bez wątpienia do takich powieści należy. Kiedy człowiek w trakcie lektury takiej jak ta uświadamia sobie, że żyje w spokoju, że może swobodnie decydować o tym co, gdzie i jak robi, wtedy dociera do niego że jeszcze kilkadziesiąt lat temu ludzie walczyli o swoje życie i byli stawiani przed wielką próbą ich człowieczeństwa. 

Kristin Hannah pokazuje nam w "Słowiku" jeszcze raz pewną ważną prawdę o człowieku, która mówi o tym że nie deklaracje i słowa, nie pozory a czyny określają go w tym na ile jest warty. Dwóm siostrom przyjdzie zmierzyć się z okrucieństwem wojny, która jak zwykle okazuje się najbardziej bezlitosna nie dla żołnierzy na froncie, ale dla ofiar cywilnych. Vianne i Isabelle, które poznajemy u progu II-ej Wojny Światowej we Francji, bardzo się różnią. Poza sporą różnicą wieku, dzieli ich również temperament, podejście do życia, potrzeby i no właśnie - łatwiej by było napisać o tym co mają wspólnego, a jest to stosunek do drugiego człowieka, gdzie okazują się altruistkami i nie potrafią patrzeć bezczynnie na krzywdę ludzką. Vianne należy do tych statecznych kobiet, które najlepiej czują się w cieple domowego ogniska, jako matki, żony i gospodynie. Isabelle dla odmiany wciąż poszukuje pomysłu na siebie, nosi ją, nie potrafi zaznać nigdzie miejsca na dłużej, ciągle liczy się dla niej rozwój i choć tego nie przyzna przed sobą - wciąż marzy o romantycznej i szalonej miłości. Wszystkie te różnice okażą się nic nie znaczącymi kiedy wybuchnie wojna, bo wtedy obie siostry pokażą, że są takie momenty kiedy trzeba wyrzec się siebie i pomóc tym, którzy sami nie są w stanie się obronić.  

Może jest i wiele historii osnutych wokół II-ej Wojny Światowej, ale moim zdaniem nigdy dość, gdyż jak widzimy obecnie z pamięcią ludzką nie jest najlepiej i znów do głosu dochodzi faszyzm i inne skrajne, antyludzkie ideologie. Poza tym Kristin Hannah pokazuje nam perspektywę kobiet, które często bądź są poprzez historię pomijane, bądź stanowią drugi plan, ustępując glorii mężczyznom. W "Słowiku" kobiety nie tylko grają pierwsze skrzypce, ale momentami ich czyny powodować mogą rumieniec zawstydzenia u niejednego mężczyzny. Opowieść o bohaterstwie Vianne i Isabelle, czyli postaci fikcyjnych jest tak naprawdę o tyle wartościowa, iż autorka posiłkowała się autentycznymi przeżyciami kobiet, które wsławiły się heroizmem w trakcie wojny. Szczególnie na uwagę zasługuje tutaj Isabelle, gdyż za kanwę tej postaci posłużyła prawdziwa historia Andrei de Jongh, belgijki która organizowała jedną z pierwszych dróg przerzutowych dla aliantów uciekających z okupowanej Francji. Andree była córką nauczyciela, co być może wpłynęło na fakt, iż druga z bohaterek "Słowika" Vianne jest również nauczycielką. Podczas gdy Isabelle działa w ruchu oporu, Vianne po wcześniejszych dylematach i lęku o swoją najbliższą rodzinę, zaczyna pomagać żydowskim rodzinom w swojej rodzinnej miejscowości. Obie siostry wiele ryzykują, poza życiem stawiając na wadze bezpieczeństwo swoich bliskich, własną godność, o względnym komforcie nie wspominając. Nie potrafią bezczynnie trwać i udawać, że nie widzą ludzkiej krzywdy i barbarzyństwa okupanta. Szczególnego wyrazu nabiera ta historia, kiedy poznamy historyczny kontekst w jakim znalazł się podczas II-ej wojny  naród francuski, który poprzez swoje władze został sztucznie podzielony. W rezultacie politycznych decyzji jedni zaakceptowali fakt niemieckiej okupacji, a inni nie mając wewnętrznej zgody na zdradę rządu Vichy nie poddali się i działali w ruchu oporu i nie tylko. 

"Słowik" to książka po którą warto sięgnąć. Przede wszystkim jest ona bardzo emocjonalna, przebija z jej stron autentyzm opisywanych wydarzeń, przeżyć i ludzkich dylematów. Poza tym wspomniana perspektywa kobiet i ich roli w wojennych zawieruchach również zasługuje na uwagę. Może i w przypadku bestsellerów faktycznie warto zachować sceptycyzm, ale Kristin Hannah na sukces swej książki zapracowała i zasłużyła na entuzjastyczne przyjęcie swojej książki. Gorąco polecam! 

sobota, 12 sierpnia 2017

Serce z kamienia (Hjartastein)



Przychodzą różne mody na kino z egzotycznych zakątków świata i czasem są one według mnie sztucznie napędzane. Z pełnym przekonaniem mogę jednak bronić popularności kina islandzkiego. Sukcesy obrazów z tego kraju to z pewnością nie jest efekt marketingu, ale przede wszystkim wpływa na to niespotykana wrażliwość i klimat, który towarzyszy islandzkim  obrazom na przełomie ostatnich lat. 

"Serce z kamienia" porusza temat mocno już wydawało by się wyeksploatowany w kinie,  tj. temat dorastania. Posunięcie  Guðmundura Arnara Guðmundssona, który jest reżyserem i autorem scenariusza tego obrazu, wydawać się może w takim razie ryzykowne, bo co można jeszcze powiedzieć nowego w tym temacie, jak zaciekawić widza poraz kolejny? Jak się okazuje twórcom "Hjartastein" się to udało znakomicie. Obraz ten, mimo że trwa ponad dwie godziny, to ani przez moment się nie dłuży, a nuda to ostatnie uczucie które towarzyszy widzowi w trakcie ostatnich minut filmu, bo finał jest bardzo wzruszający. Mamy tu dwójkę głównych bohaterów. Jeden z nich Thor nawet się nie zorientuje kiedy trzeba będzie porzucić błogą niewinność na rzecz określania własnej tożsamości, także tej seksualnej. Będzie to szczególnie trudne zważywszy na fakt dorastania w otoczeniu mocno kobiecym. Thorowi bowiem nie towarzyszy ojciec, ani nawet brat, ale za to matka i dwójka starszych sióstr. Najlepszym przyjacielem chłopaka jest Kristjan z którym spędzają czas podczas zabaw, pierwszych fascynacji płcią przeciwną jak również jest on dla Thora punktem odniesienia w trakcie poznawania własnego ciała, uświadamiania własnych potrzeb i reakcji na otaczający świat. Do momentu kiedy  w ten chłopięcy świat grupy rówieśniczej nie wkroczą dziewczyny to przyjaźń ta stanowi odskocznię dla trudności w określeniu swego miejsca w domu rodzinnym dla obydwu chłopców. Tutaj jednak też nastąpi niespodziewany zwrot akcji, gdyż jak się okaże to nie rywalizacja o dziewczynę będzie problemem, który namiesza w przyjaźni pomiędzy Thorem a Kristjanem, ale będzie to... no ale żeby nie zdradzić za dużo w tym momencie najlepiej będzie jak poprzestanę z wprowadzaniem w kolejne szczegóły.

Nostalgia  jest dojmującym uczuciem u takiego prawie już czterdziestolatka w trakcie seansu "Serca z kamienia", a to przede wszystkim z uwagi na fakt iż nie widuje się na chwilę obecną dzieci i młodzieży spędzających czas ze sobą tak jak dzieje się to tutaj, a mianowicie wchodzących w interakcje że sobą na łonie przyrody. Współczesne pokolenie spędza niestety czas głownie przed komputerem w domu, komunikując się poprzez smsy czy komunikatory internetowe. Wspólne łowienie ryb, eksploracja złomowisk i innych ciekawych dla dzieciaka miejsc przestało być już dla dzisiejszego dzieciaka wystarczająco atrakcyjne. Mnogość bodźców i możliwości tak naprawdę stępia i wypacza zamiast zwiększać możliwośći i perspektywę. Co za tym idzie młodzież w taki sposób rozpieszczana rozleniwia się i zatraca tożsamość zanim tak naprawdę ją zdąży nabyć.Mam wrażenie, że w takich warunkach przyjaźń z rodzaju tej pomiędzy Thorem i Kristjanem jest wręcz mało prawdopodobna. Znajomość od kołyski, spędzanie ze sobą sporej ilości czasu, utożsamianie się z podobnymi problemami rodzinnymi scala w taki sposób, który może pomóc przetrwać nawet największy kryzys, czego będziemy świadkami w trakcie filmu.

"Serce z kamienia" to kino zaangażowane społecznie, przemyślane, z ważnym przekazem do widza, a jednocześnie piękna i wzruszająca opowieść o chłopięcej "męskiej przyjaźni". Momentami można się tu oddać dziecięcej beztrosce i zabawie, ale częściej jesteśmy świadkami dramatów i kryzysów związanych z dorastaniem. Wraz z Thorem i Kristjanem konfrontujemy się poraz kolejny ze smutną prawdą,  że dzieciństwo mimo iż jest chyba najpiękniejszym okresem w życiu człowieka za którym się tęskni całe życie, to równocześnie jest najtrudniejszym wyzwaniem dla naszej psychiki. Tożsamość jaka się wykreuje na tym etapie, postawy i przekonania jakie nabędziemy będą tak naprawdę towarzyszyć nam przez całą dorosłość, a jak trudno jest później zmienić to co nam życie utrudnia wie ten kto tego próbował. Guðmundur Arnar Guðmundsson wszystkie te refleksje podaje  nam w sposób prosty, czasem nawet może  stereotypowy, ale ogląda się "Serce z kamienia" i przeżywa bardzo głęboko, przy jednoczesnej przystępności tego obrazu. Poza tym małe, a przy tym wręcz klaustrofobiczne skupiska ludzkie na tle malowniczych i wielkich przestrzeni, które spotykamy na Islandii poraz kolejny okażą się idealnym tłem dla tych osobistych ludzkich dramatów. Świetny film !

piątek, 4 sierpnia 2017

Bunt mas - Jose Ortega y Gasset



"Bunt mas" to książka nadzwyczaj aktualna, co może być faktem zaskakującym zważywszy na to kiedy powstała. Zdecydowanie nie jest to jednak lektura dla czytelnika, który nie lubi albo też nie potrafi u siebie wypracować choć odrobiny krytycyzmu w myśleniu i otwartości na często kontrowersyjny  sposób myślenia o społeczeństwie. Zwracam na to uwagę, bo książka jest nadzwyczaj wymagająca, a żyjemy w rzeczywistości, że zwykły cytat z Hitchensa jest często rozumiany opacznie i dosłownie. Rzecz smutna, ale prawdziwa - wypada uważać co się czyta jeśli nie ma się umysłu otwartego, a z drugiej strony jak otworzyć umysł jeśli nie czyta się wymagających i skłaniających do odmiennej perspektywy książek. 

"Bunt mas" to rzecz o degenerującym się społeczeństwie, o zatraceniu się wartości, o upadku kultury i zasad współpracy ogólnoludzkiej, a nade wszystko o zastoju jeśli chodzi o rozwój. Jose Ortega y Gasset dopatruje się źródeł tych niepokojących zjawisk w przyroście tytułowych "mas", które w definicji stanowią tłum nacechowany przeciętnością, wręcz nijakością. To właśnie owe masy blokują rozwój społeczeństw poprzez swe roszczenia odnośnie prawa do rządzenia. W rezultacie dochodzi zdaniem autora tego jednego z najsłynniejszych dzieł początku dwudziestego wieku do sytuacji kiedy nijaka, często prymitywna i egoistyczna w swej istocie  większość narzuca swoją nijakość i przeciętność elitom. Elity dla kontrastu starają się odchodzić od myślenia i działania w oparciu o chwilowe i indywidualne korzyści na rzecz postaw altruistycznych i długofalowego rozwoju. Zdaniem Jose Ortega y Gasset staliśmy się u progu dwudziestego wieku poraz pierwszy świadkami sytuacji, kiedy to masy w tak widoczny sposób doszły do głosu w kształtowaniu społeczeństw europejskich, co bez wątpienia ma swoją genezę w skoku przyrostu naturalnego ludności na świecie jak również w skoku cywilizacyjnym. Ludność zachłysnęła się możliwościami, a tylko elity posiadają jego zdaniem umiejętność kontrolowania własnych potrzeb w kontraście do mas, które generują coraz to nowe potrzeby, a wraz z nimi formułują kolejne żądania niczym rozpuszczone dzieci. Do tego należy dodać brak myślenia perspektywicznego i nieumiejętność bądź też niechęć do refleksji swojej odpowiedzialności za wpływ własnych dążeń na ogół społeczeństwa i jego przyszłość. 

Roszczeniowość to słowo, które chyba najbardziej odzwierciedla myśl Jose Ortegi y Gasseta w kondycji społeczeństwa u progu wieku dwudziestego pierwszego. Tak jak 100 lat wcześniej tworzy się niestety poprzez to przestrzeń i żyzny grunt dla ideologii nacjonalistycznych, pogardy względem demokracji liberalnej i zwykłego populizmu. Kiedy czytamy charakterystykę człowieka tworzącego masy w początkach ubiegłego wieku to wręcz nie da się uniknąć uczucia deja vu. Tłum wymaga, tłum kreuje, tłum bezmyślnie brnie ku zatraceniu poraz kolejny. Na sam początek degradacji ulegają wszelkie zasady i normy moralne. Kolejne etapy można sobie łatwo przewidzieć. Smutnym jest to, iż człowiek nie jest w stanie wyciągać wniosków z historii, że zatracił umiejętność myślenia przyczynowo-skutkowego i perspektywicznego patrzenia w przyszłość. 

Elity były, są i będą potrzebne do tego by zapewnić ciągłość norm, zasad ale przede wszystkim jednak gwarantować rozwój nie tylko pod względem postępu technologicznego ale również i kulturalnym. Elity w myśleniu autora "Buntu mas" myślą nie tylko na "tu i teraz" ale mają szerszy ogląd. Są w stanie poświęcić osobiste korzyści i prywatne interesy na rzecz ogółu. Z tego też względu podejmują często decyzje niepopularne, gdyż ich efekty możemy zauważyć dopiero po jakimś czasie. Wystawiają się tym samym na celownik masom, które uzurpując sobie prawo do bezpośredniego decydowania próbują narzucić przeciętność, prymitywizm, nijakość i konsumpcyjny marazm całemu społeczeństwu. Zdrowe, wyselekcjonowane elity są sobie z tym poradzić, natomiast mamy obecnie do czynienia z kryzysem elit co sprawia, że masy coraz śmielej dochodzą do głosu. Tym samym w miejsce Zjednoczonej Wielkiej Europy tworzonej w oparciu o wspólne wartości, szerszy kontekst, liberalną demokrację i pluralizm powstają prymitywne, plemienne więc państewka, które jednoczą się wokół religii, rasy czy języka. Smutna rzeczywistość... 

Podsumowując, "Bunt mas" to istotnie jedno z najważniejszych dzieł dwudziestego (i nie tylko) wieku i serdecznie zachęcam do refleksji na tym tekstem. 

sobota, 29 lipca 2017

Dunkierka - czyli Christopher Nolan ku przestrodze!




Jeden z bohaterów "Dunkierki" Christophera Nolana na pytanie dlaczego nie został w domu, ale pakuje się w sam środek piekła, odpowiada,że dlaczego miałby siedzieć w domu i patrzeć na to jak "giną nasze dzieci na wojnie którą sami wywołaliśmy". Nie pada w tym filmie dużo słów, bo reżyser postawił tym razem na obraz, który zamiast dialogów ma opowiedzieć nam historię jednej z najbardziej krwawych bitew II - ej wojny światowej, ale kiedy takowe już się pojawiają to ujmują bezpośrednio ściągnąć treści. No dobra, wiem że będę monotematyczny i pewnie coś jest na rzeczy, że ostatnio większość treści które dają mi do myślenia jeśli chodzi o film i literaturę odnoszę do współczesności, ale naprawdę nie da się tych rzeczy oddzielić. Najnowsze dzieło Christophera Nolana oprócz tego że porusza kwestie uniwersalne, to aż się prosi o to żeby zostać potraktowane jako przestroga dla urastających w siłę nastrojów nacjonalistycznych w naszym ( i nie tylko) kraju i chorych ambicji naszego rządu, wyrażających się często w bezczelnym prężeniu zapadniętej klaty na arenie międzynarodowej. 

Christopher Nolan przyzwyczaił swych widzów do tego, że tworzy nie tyle filmy co filozoficzne rozprawy, które zmuszają do refleksji jeszcze długo po seansie. Poraz kolejny mu się to udało, co trzeba zaznaczyć przy znacznym udziale znakomitej muzyki Hansa Zimmera, która to oddziałowywuje na nasze emocje z równie wielką mocą jak obraz autorstwa Nolana. "Dunkierka" to obok "Cienkiej czerwonej linii" chyba najbardziej pacyfistyczny film wojenny jaki widziałem. Już od samego początku seansu dominującym uczuciem jakie mi towarzyszyło była przytłaczająca wręcz bezsilność. Obserwowanie zmagań uciekających po porażce z Niemcami żołnierzy sił alianckich to zadanie wymagające nerwów ze stali i mocnego serca. Żołnierze tłoczą się na bombardowanym raz po raz z powietrza molo, a kiedy już jakimś cudem uda się im dostać na statek to padają ofiarą niemieckich U-botów. Toczą oni zażartą walkę o przetrwanie podczas której jedni zachowują do końca swój honor, a pozostali w obliczu spotkania ze śmiercią nie przebierają w środkach i często do głosu dochodzą najgorsze instynkty. Strach i przerażenie jakie towarzyszą im podczas starcia z bezlitosną machiną wojenną są wręcz namacalne. Momentami miałem wrażenie jak gdybym wraz z bohaterami filmu Nolana tłoczył się na wspomnianym molo i z przestrachem wpatrywał się w niebo. Odczuwałem wręcz ciśnienie w płucach i klaustrofobiczną panikę podczas gdy woda po ataku torpedy czy snajpera zalewała pokład statku, który miał być wybawieniem, a okazał się podwodną trumną. Od samego początku kibicujemy tym młodym chłopakom, aby się nie potopili, aby dotarli do domu i wściekamy się na dowódców, którzy rozrysowali im taki los w swoich sztabach, by potem zostawić ich samych. Ta nieobecność zresztą u Nolana przestaje być symboliczna, a staje się faktem bo oprócz komandora Boltona, który wzbudza wręcz współczucie realizując bezduszne ustalenia swych zwierzchników o ewakuacji żołnierzy jak najmniejszym kosztem przy ograniczonych do minimum środkach nie uświadczymy w "Dunkierce" relacji z obrad sztabowych. Kontrastem jest tu wzruszająca scena kiedy w obliczu zawodu strategów na ratunek żołnierzom przychodzą cywile na prywatnych jachtach czy kutrach rybackich. 

Tak jak nie ma u Nolana dowódców sztabów sił alianckich, podobnie rzecz się ma z nieobecnością na ekranie wroga. Niemców tu bowiem nie zobaczymy, a w zamian za to dowiemy się o ich przytłaczającej militarnej potędze poprzez żniwa jakie zbierają bomby, pociski i torpedy wystrzeliwane z powietrza, lądu i wody. To w zupełności wystarczy by podkreślić okrucieństwo wojny. Wojna u Nolana nie jest stawiana na piedestale, nie czyni on z niej czegoś pięknego i romantycznego, ale pokazuje jej bezsens, okrucieństwo i barbarzyństwo. Odczarowuje tym samym to, co od dziecka jest choćby nam Polakom wpajane poprzez kult zwycięstw, bohaterstwa i częściowego załamania przez wizję historii, gdzie były wojny słuszne i niesłuszne, gdzie wojny miały się brać z znikąd, gdzie każdy żołnierz stawał się automatycznie bohaterem. Taka propaganda, nad wyraz obecna w naszej przestrzeni publicznej przez nie mające końca trwanie w wojennej retoryce, jej symbolach i ciągłym jątrzeniu, udowadnianiu win i jednoczesnym zwalnianiu siebie z odpowiedzialności prowadzi poraz kolejny do konfliktu. Z nim już mamy do czynienia, kolejnym etapem może być wojna, a jest ona realna prędzej czy później, chyba że człowiek zacznie się w końcu uczyć na błędach i wyciągać wnioski. Może więc faktycznie zamiast maszerować ciągle w marszach, przystrojeni przy tym w wojenne symbole, zamiast rozkopywać zakopane już okopy, zamiast ulegać populistycznym i nacjonalistycznym politykom, kryjącym się pod płaszczykiem patriotyzmu, może warto zamiast tego usłyszeć przesłanie zawarte w takiej "Dunkierce", czy "Wołyniu". Dla mnie brzmi ono tak, że trzeba brać odpowiedzialność nie tylko za własne podwórko, ale uczyć się solidaryzmu europejskiego bo tylko on uchroni nas od kolejnego barbarzyństwa. Analogie pomiędzy tym co doprowadziło do wybuchu II wojny światowej, a nastrojami zmierzającymi do destabilizacji Europy obecnie są niewidoczne tylko dla ślepców i ignorantów. Podobnie rzecz się ma że wzrostem poparcia dla ruchów neofaszystowskich, nacjonalistycznych i innych tworów, których ideologia opiera się na kulcie siły. Politycy posługujący się taką retoryką zwykle pierwsi dekują się w sztabach kiedy ich zwolennicy kończą na frontach bitew takich jak tytułowa "Dunkierka" 

Może w końcu czas na refleksję zamiast ciągłego prężenia się i wojowania? Tyle, że pewnie Ci którzy powinni obejrzeć ten film ku przestrodze pewnie go nie zobaczą, albo zrozumieją go opacznie. Mimo wszystko serdecznie polecam, bo dla mnie to jeden z najważniejszych filmów jakie widziałem i to nie tylko w tym roku. 

środa, 26 lipca 2017

Pragnienie - Jo Nesbø





Kiedy psychofan Jo Nesbo i serii o Harrym Hole sięga po kolejną książkę to wtedy jedno jest pewne, pragnienie poznania dalszych losów komisarza Hole będzie wprost proporcjonalne do żalu po skończonej lekturze. Tak też było i tym razem i pomimo że rozłożyłem sobie na raty przygodę z "Pragnieniem", to tak czy inaczej nie zdążyłem się nawet zorientować kiedy czytałem już epilog. 

Jo Nesbo zaskoczył prawie wszystkich kiedy zapowiedział, że najlepsza moim zdaniem seria kryminalna nie zakończy się na "Policji" i po krótkim romansie z retro-kryminałem oznajmił nadejście "Pragnienia". Harry Hole wraca w wielkim stylu i jak się można było spodziewać nie dane mu będzie długo zagrzać miejsca na posadce wykładowcy w szkole policyjnej kiedy pojawi się szansa na podjęcie wyzwania ze strony seryjnego mordercy. Morderca zaś jest nietypowy gdyż jego zbrodnie zdają się świadczyć o tym, że mamy do czynienia z wampirystą. Czy aby tylko napewno? Być może to tylko zasłona dymna? A może mamy do czynienia z porachunkami z przeszłości? Zapewniam was, że w jakimkolwiek kierunku nie będziecie dedukować to i tak na koniec pewnie okaże się, że nie uda wam się rozwikłać 

Razem z Harrym powracają też i jego demony, których nie jest w stanie usidlić ani żona ani przysposobiony syn. Kto czytał poprzednie części cyklu ten doskonale wie, że w przypadku tego śledczego daleko o krystalicznie czystą i jednoznacznie dobrą postać. Hole był, jest i będzie sprzeczny, momentami wręcz odstręczający, skomplikowany, ale co najistotniejsze jest chyba najbardziej intrygującą i wyrazistą postacią jeśli chodzi o detektywów w literaturze kryminalnej ostatnich lat. Jeśli chodzi o umiejętność kreowania postaci, zaciekawiania nimi czytelnika to Jo Nesbo nie ma sobie równych. Charakterystyczne dla niego jest to, iż rzuca on ich w wir wydarzeń w taki sposób, by postawić przed dylematami moralnymi, które uniemożliwiają ich jednoznaczną ocenę. Dobro i zło przenikają się tutaj nawzajem, a odcienie szarości są nadzwyczaj wyraź

Ci, którzy obawiali się tego, iż "Pragnienie" będzie skokiem na kasę i Nesbo nie będzie się zbytnio wysilał przy jej tworzeniu serwując nam ogrzewane kotlety, mocno się rozczarowują w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Norweski człowiek orkiestra nie ms bowiem w naturze minimalizmu i lekceważenie dla swych odbiorców nie przejdzie w przypadku Jo Nesbo. Poraz kolejny udało mu się wymarzyć krwisty kawał steka dla najbardziej wymagających i wybrednych pasjonatów literatury kryminalnej. Oprócz świetnie wykreowanych postaci znajdziemy tutaj skomplikowaną intrygę, profesjonalnie skomponowaną warstwę psychologiczną i co najważniejsze w tego typu książkach - wartką akcję, która trzyma w napięciu do samego końca. Co tu dużo pisać, Jo Nesbo jest mistrzem nad mistrze jeśli chodzi o swój fach i wątpię by znalazł się kiedykolwiek ktoś kto zdetronizuje go w moim rankingu jako króla kryminału. Serdecznie polecam całą serię "Harry Hole" i nie zniechęcajcie się mającym sporo braków "Człowiekiem Nietoperzem". Z każdą następną częścią jest już dużo lepiej. 


niedziela, 16 lipca 2017

Tęsknota - Gaël Faye





Kiedy sięgałem po "Tęsknotę", to nie wiedziałem o tym iż autor tej książki jest osobą znaną i to nie tylko we Francji z uwagi na swoją działalność muzyczną. Już w trakcie lektury wyszukałem jego utwory na Spotify i towarzyszyły mi one podczas czytania. Jego dokonania muzyczne na gruncie muzyki hip hop okazują się świetnie dopełniać tą książkę, która ponoć mocno bazuje na wątkach osobistych, a dla której najlepszą rekomendacją jest to, że poleca ją sam Alain Mabanckou. Zresztą kto zna autora "Papryczki" ten z łatwością odnajdzie w "Tęsknocie" podobieństwa jeśli chodzi choćby o opis dziecięcych zabaw.

Paradoksalnie najbardziej niepokojące sceny w książce Gaëla Faye to poetyckie momenty kiedy opisuje on sielankę jaka miała miejsce po i przed ludobójstwem o którym słyszał chyba każdy z nas, a które odbywało się w drugiej połowie dwudziestego wieku w Rwandzie i poniosło się echem na sąsiadujące z nią afrykańskie kraje, przyczyniając się choćby do niepokojów społecznych i przewrotu politycznego w Burundi.

Kiedy towarzyszyłem dziesięcioletniemu Gabrielowi podczas niewinnych zabaw z kolegami i kiedy obserwowałem jego dziecięce przekonanie, że tak naprawdę taki stan rzeczy może trwać niczym niezmącony już na zawsze, to tak naprawdę rodził się we mnie gniew, że dziecko będzie musiało się zmierzyć z tym wszystkim co dorośli przygotowywali tuż za rogiem. Był rok 1992, a Gaby nie dość że powoli zaczynał się mierzyć z normalnymi problemami dorastania, to jeszcze czekało go nie lada wyzwanie, bo nie dość że miało się rozpaść małżeństwo jego rodziców to na jego oczach tworzyła się rysa na burundyjskim państwie. Podczas gdy problemy dorastania chłopca z Burundi zbytnio nie odbiegają od tego co przeżywał bohater "Cudownych lat" dorastając w Stanach, to cała reszta jest już inną "bajką". Już rodzinny ekosystem Gabriela ujawnia problemy tożsamościowe Afryki w skali makro, związane z przynależnością etniczną (tarcia na linii plemion Tutsi i Hutu) jak również trudności kulturowe wynikające ze zderzenia Afryki z kolonialistami próbjącymi na siłę wbić tutejszą ludność w ramy demokracji i chrześcijaństwa.

Śmiem twierdzić i pewnie zbytnio nie jestem w swoim zdaniu odosobniony, że to co wydarzyło się w Rwandzie i Burundi to w głównej mierze efekt buty i niezrozumienia że strony "zachodu", który na siłę próbował i wciąż próbuje przerobić Afrykę na swoją modłę. Świat afrykański ze swoimi przekleństwami i błogosławieństwem zachwyca i przeraża swoją oryginalnością o czuć to bardzo mocno w mocno autobiograficznej opowieści Gaëla Faye. Ta koegzystencja z przyrodą, pokora wobec praw natury, specyficzny świat duchowy jak i zaufanie do autorytarnej władzy zostało zmącone przez białego człowieka, który na siłę próbował "uszczęśliwić" tutejszych mieszkańców poprzez swoją demokrację i własną wizję zbawienia. Tymczasem tak naprawdę sprzedawał swoje towary jak niedawno czynił to prezydent USA w naszymi kraju. Tak jak duża część naszych rodaków dała się omamić Trumpowi tak samo i w Afryce wiele frustracji wiązało się z poczuciem wykorzystania przez "cywilizującego" ich Wielkiego Brata. Pod płaszczykiem nawracania kryły się przecież często zwykły wyzysk i rasizm.

Ostatnimi czasy dość często zdarza mi się sięgać po książki autorów afrykańskich i każdemu kto nie jest z tamtejszą literaturą zbytnio zaznajomiony gorąco polecam choćby właśnie książkę Gaëla Faye. Nie trzeba się bać jakiś odstraszających opisów okrucieństwa choć przecież jest to również historia ludobójstwa. Ono akurat jest tu przedstawione jakby było czymś nierealnym, czymś co działo się poza głównym bohaterem, co może wynikać z tego, że ciężko mu było pogodzić to wszystko co się działo z jego niewinną, naiwną jednak wizją otaczającego świata. Nie udało się mu jednak uciec przed tą plamą krwi, tak jak nie wystarczyło jego matce ratować się ucieczką z Rwandy do Burundi. Trauma z dzieciństwa jak wiemy jest najmocniejsza, a z perspektywy dziecka utrata niewinności jest czymś najcięższym chyba do poradzenia bez względu na to czy przyczyną jest rozwód rodziców, zawód miłosny, czy towarzyszenie śmierci na taką skalę jak stało się to udziałem Gaëla Faye. Gorąco polecam tę książkę!